Nigdy nie spodziewałam się tego po własnych rodzicach: Zatrzasnęli mi drzwi przed nosem, gdy najbardziej ich potrzebowałam
— Mirela, nie przesadzaj. Wróć do domu i załatw to z Markiem. — Głos mamy był zimny jak lód, a jej spojrzenie nie zdradzało ani odrobiny współczucia. Stałam na wycieraczce, z mokrymi od łez policzkami, ściskając w dłoni klucze do mieszkania, które już dawno przestało być moim domem. — Mamo, proszę cię… Nie mam dokąd pójść — wyszeptałam, czując jak gardło ściska mi się z rozpaczy.
Tata stał za nią, z założonymi rękami, patrząc gdzieś ponad moją głową. — Mirela, jesteś dorosła. Masz męża, masz swoje życie. Nie będziemy się wtrącać. — Jego głos był twardy, nieznoszący sprzeciwu. Drzwi zatrzasnęły się tuż przed moim nosem. Zostałam sama na klatce schodowej, słysząc jeszcze przez chwilę stłumione głosy rodziców za drzwiami.
Nie wiem, ile czasu tam stałam. Może pięć minut, może godzinę. W końcu zeszłam na dół i usiadłam na ławce przed blokiem. Deszcz zaczął padać coraz mocniej, ale nie miałam siły się ruszyć. W głowie dudniło mi jedno pytanie: jak to możliwe, że własna matka i ojciec potrafią tak po prostu odwrócić się od swojego dziecka?
Marek… Znowu się pokłóciliśmy. O wszystko i o nic. O to, że nie ma go w domu, że wraca późno z pracy, że nie rozmawiamy już tak jak kiedyś. O to, że czuję się niewidzialna, niepotrzebna. Ostatnio coraz częściej czułam się jak cień samej siebie. Kiedyś byliśmy szczęśliwi — przynajmniej tak mi się wydawało. Teraz każdy dzień był walką o przetrwanie.
— Może gdybyś bardziej się starała… — usłyszałam kiedyś od mamy, gdy próbowałam opowiedzieć jej o naszych problemach. — Każde małżeństwo ma swoje trudności. Trzeba być twardym, Mirela.
Ale ja już nie miałam siły być twarda. Chciałam tylko poczuć się bezpieczna, choć przez chwilę.
Wróciłam do mieszkania późno w nocy. Marek spał na kanapie, jakby nic się nie stało. Przeszłam obok niego bez słowa i zamknęłam się w łazience. Spojrzałam w lustro — oczy czerwone od płaczu, włosy w nieładzie, twarz starsza o dziesięć lat niż jeszcze rok temu.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie siostra, Anka.
— Mirela, co się stało? Mama mówiła, że byłaś u nich wieczorem…
— Byłam — odpowiedziałam krótko.
— I co?
— Nic. Kazali mi wracać do Marka.
— Przykro mi…
Anka zawsze była tą silniejszą z nas dwóch. Zawsze wiedziała, czego chce od życia. Miała męża, dwójkę dzieci i dom pod Warszawą. Ja miałam tylko Marka i coraz bardziej puste mieszkanie.
Przez kolejne dni chodziłam jak zombie. W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku — uśmiechałam się do klientów w banku, rozmawiałam z koleżankami o pogodzie i serialach. Ale w środku czułam tylko pustkę.
Wieczorami Marek próbował rozmawiać:
— Mirela, co się z tobą dzieje? Przecież nic takiego się nie stało…
— Nic takiego? Krzyczysz na mnie przy każdej okazji! Czuję się jak powietrze!
— Przesadzasz…
I tak w kółko. Każda rozmowa kończyła się kłótnią albo milczeniem.
W końcu zadzwoniła mama.
— Mirela… Może przesadziłam wtedy przy drzwiach. Ale musisz zrozumieć — my też mamy swoje życie. Nie możemy ciągle rozwiązywać twoich problemów.
— Mamo… Ja nie chciałam was obciążać. Chciałam tylko poczuć, że mam gdzie wrócić…
— Jesteś dorosła.
To słowo bolało najbardziej: dorosła. Czy dorosłość naprawdę oznacza samotność? Czy naprawdę muszę radzić sobie ze wszystkim sama?
Zaczęłam coraz częściej myśleć o rozwodzie. Ale bałam się — co powiedzą ludzie? Co powie rodzina? W Polsce rozwód to wciąż temat tabu, zwłaszcza dla kobiety po trzydziestce bez dzieci.
Pewnego dnia przyszła do mnie Anka.
— Mirela… Musisz coś zmienić. Albo zawalczysz o siebie, albo zostaniesz w tym piekle do końca życia.
— Ale jak? Nie mam nikogo…
— Masz mnie.
Te słowa były jak promyk światła w ciemności.
Zaczęłam szukać pomocy — psychologa, grup wsparcia dla kobiet w trudnych małżeństwach. Powoli odzyskiwałam siły. Marek nie rozumiał mojej przemiany:
— Co ty wyprawiasz? Chodzisz po psychologach? To jakaś moda?
— To moje życie — odpowiedziałam pierwszy raz z przekonaniem.
Rodzice długo nie chcieli ze mną rozmawiać. Mama przysłała mi kiedyś SMS-a: „Mirela, martwię się o ciebie”. Ale nie potrafiła powiedzieć tego wprost.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba zamknąć za sobą drzwi, nawet jeśli po drugiej stronie stoją ci, których kochasz najbardziej na świecie. Czasem trzeba wybrać siebie.
Czy naprawdę musimy być zawsze silne? Czy kobieta w Polsce ma prawo do słabości? Może czas przestać udawać i zacząć mówić głośno o tym, co boli?