Nowy początek: Jak odzyskaliśmy spokój po wyprowadzce od teściowej
— Znowu nie posprzątałaś kuchni, Aniu? — głos teściowej przeszył ciszę jak nóż. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w ciepłej wodzie, a mimo to poczułam lodowaty dreszcz na plecach. Odwróciłam się powoli, próbując ukryć zmęczenie i frustrację. — Już kończę, pani Zofio — odpowiedziałam, choć miałam ochotę krzyknąć, że to nie jej sprawa. Ale przecież to był jej dom. Od pięciu lat, odkąd Michał i ja się pobraliśmy, mieszkaliśmy w jej trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Bródnie. Miało być tymczasowo, dopóki nie uzbieramy na własne. Tymczasowość przeciągnęła się w nieskończoność.
Każdy dzień wyglądał podobnie. Rano szybkie śniadanie, podczas którego teściowa komentowała, że jajka są za miękkie, a chleb nieświeży. Potem praca, powrót do domu, gdzie czekały na mnie kolejne uwagi: „Nie tak się prasuje koszule”, „Dlaczego Michał znowu nie ma obiadu na czas?”, „Kiedy wreszcie pomyślicie o dziecku?”. Czułam się jak gość, który nie ma prawa do własnych decyzji. Michał próbował mnie pocieszać, ale sam był rozdarty między mną a matką. — Kochanie, ona już taka jest, nie przejmuj się — powtarzał, obejmując mnie wieczorami. Ale ja się przejmowałam. Coraz bardziej.
Pewnego wieczoru, kiedy wróciłam z pracy później niż zwykle, zastałam teściową siedzącą przy stole z Michałem. Rozmawiali cicho, ale gdy weszłam, zamilkli. — Aniu, musimy porozmawiać — zaczęła Zofia, patrząc na mnie spod ściągniętych brwi. — Uważam, że powinniście się bardziej starać o dom. Michał nie jest już dzieckiem. — Mamo, daj spokój — przerwał jej Michał, ale ona nie ustępowała. — Ja już nie mam siły wszystkiego pilnować. To nie jest hotel. — Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. — Przepraszam, że sprawiam tyle kłopotu — wyszeptałam i wybiegłam do naszej mikroskopijnej sypialni.
Tam, w ciemności, po raz pierwszy powiedziałam Michałowi, że dłużej nie dam rady. — Albo się wyprowadzamy, albo… — nie dokończyłam, bo głos mi się załamał. Michał długo milczał, a potem przytulił mnie mocno. — Masz rację. Musimy coś zmienić.
Zaczęliśmy szukać mieszkania. Każda wizyta w agencji nieruchomości była jak powiew świeżego powietrza. Oglądaliśmy kawalerki, dwupokojowe klitki, nawet stare mieszkania do remontu. Nie było nas stać na wiele, ale nie chodziło o luksus. Chodziło o wolność. O własny kąt, gdzie nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć.
Teściowa nie kryła rozczarowania. — Myślałam, że jesteście rozsądniejsi. Po co wam kredyt na całe życie? — powtarzała z wyrzutem. Michał próbował jej tłumaczyć, ale ona tylko kręciła głową. — Zobaczycie, jeszcze zatęsknicie za domem.
Dzień przeprowadzki był jednym z najtrudniejszych w moim życiu. Pakowałam nasze rzeczy w milczeniu, czując na sobie wzrok Zofii. — Nie musisz się tak spieszyć — rzuciła z przekąsem. — Nikt was stąd nie wyrzuca. — Wiem, ale chcemy już zacząć nowe życie — odpowiedziałam, starając się nie drżeć głosem. Michał wynosił kartony do samochodu, a ja po raz ostatni spojrzałam na kuchnię, w której tyle razy czułam się nie na miejscu.
Nowe mieszkanie było małe, zniszczone, ale nasze. Pierwszej nocy leżeliśmy na materacu, patrząc w sufit. — I co teraz? — zapytał Michał półżartem. — Teraz zaczynamy od nowa — odpowiedziałam, czując, jak z moich ramion spada niewidzialny ciężar.
Początki nie były łatwe. Kredyt, rachunki, codzienne obowiązki — wszystko spadło na nas. Ale po raz pierwszy od lat czułam się wolna. Nikt nie komentował, jak gotuję, nikt nie zaglądał mi przez ramię. Zaczęliśmy rozmawiać z Michałem inaczej, spokojniej. Było miejsce na śmiech, na czułość, na zwykłe bycie razem. Czasem kłóciliśmy się o drobiazgi, ale to były nasze kłótnie, nie podszyte cudzymi oczekiwaniami.
Zofia dzwoniła coraz rzadziej. Na początku próbowała nas przekonać, żebyśmy wrócili. — Tu zawsze będziecie mieli dom — mówiła, ale w jej głosie czułam żal. Z czasem pogodziła się z naszą decyzją. Odwiedzaliśmy ją w niedziele, ale już jako goście, nie mieszkańcy. Nasze relacje powoli się poprawiały. Zrozumiała, że nie straciła syna, tylko pozwoliła mu dorosnąć.
Minęły dwa lata. Nasze mieszkanie wciąż wymaga remontu, ale jest w nim ciepło i śmiech. Czasem, gdy patrzę na Michała, myślę o tym, jak blisko byliśmy, by się pogubić. Gdybyśmy nie zdobyli się na odwagę, może dziś bylibyśmy już tylko współlokatorami, a nie małżeństwem. Wiem, że nie wszyscy mają tyle szczęścia. Wiem też, jak trudno jest postawić granice, zwłaszcza wobec rodziny.
Często wracam myślami do tamtych dni. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy powinnam była wcześniej powiedzieć „dość”? A może to wszystko musiało się wydarzyć, żebym nauczyła się walczyć o siebie?
Czasem pytam siebie: ile jesteśmy w stanie poświęcić dla świętego spokoju? I czy naprawdę warto czekać, aż ktoś inny pozwoli nam być szczęśliwym? Co wy o tym myślicie?