„Jak mogłaś tego nie dopilnować?” — usłyszałam od męża po telefonie ze szkoły i wtedy pierwszy raz przyznałam, że już od dawna tylko udawałam, że nad wszystkim panuję
„Jak mogłaś tego nie dopilnować?” — to było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam od męża, kiedy wrócił z pracy, a ja siedziałam przy stole z telefonem w ręku i pismem ze szkoły.
Chodziło o opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej dla naszego syna. Wychowawczyni już wcześniej mówiła, że warto to załatwić, bo ma trudności z koncentracją, gubi się, stresuje na sprawdzianach. Były rozmowy, terminy, formularze, Librus, zgoda rodziców, potem trzeba było donieść jeszcze jakieś papiery od pediatry. Niby nic nadzwyczajnego, tysiące rodziców to robią. Tylko że ja tego po prostu nie dopięłam.
Najpierw przełożyłam jeden telefon, potem drugi. Potem zgubiłam kartkę z terminem. Potem w przychodni rodzinnej nie było miejsc i miałam oddzwonić. Nie oddzwoniłam. Aż szkoła zadzwoniła, że jeśli nie dostarczymy dokumentów do końca miesiąca, syn nie dostanie dostosowań od września i znowu będzie sobie radził „jak umie”.
Mąż patrzył na mnie wściekły.
„Przecież mówiłaś, że to załatwiasz.”
„Bo myślałam, że załatwię.”
„Ale nie załatwiłaś.”
Najgorsze jest to, że miał rację. Tylko że to nie wyglądało tak, jak on sobie wyobrażał, że ja sobie siedziałam i nic nie robiłam.
Od pół roku rano zawożę mamę na badania, albo dzwonię po recepty, albo ogarniam jej wizyty na NFZ, bo po śmierci taty kompletnie się posypała i nie ogarnia już nawet Internetowego Konta Pacjenta. Pracuję zdalnie w biurze rachunkowym, ale zdalnie nie znaczy lekko. Terminy są terminami. Jak zamknę laptop o 16, to zaczyna się obiad, pranie, lekcje, zakupy w Biedronce albo Lidlu, odpisywanie na wiadomości ze szkoły, a wieczorem jeszcze „mamo, trzeba przynieść blok techniczny”, „mamo, pani pisała na Librusie”, „mamo, jutro składka na wycieczkę BLIKiem”.
I ja cały czas wszystkim mówiłam, że spoko, dam radę.
Nawet sobie.
Prawda jest taka, że od miesięcy zapisywałam rzeczy na karteczkach, w telefonie, w kalendarzu papierowym i jeszcze w głowie, a potem i tak coś mi wypadało. W pracy raz wysłałam klientowi zły plik, innym razem zapomniałam opłacić synowi obiady w szkole i musiał dzwonić do mnie z sekretariatu. Było mi tak wstyd, że wolałam udawać, że to pojedyncze wpadki.
Mąż powiedział wtedy:
„Ty zawsze musisz wszystko brać na siebie, a potem wychodzi jak wychodzi.”
A mnie to strasznie zabolało, bo dokładnie to samo mówiłam mu wcześniej, tylko o czym innym. Bo on pracuje długo, wraca późno, ale uważa, że skoro zarabia więcej i spłaca większą część kredytu, to już naprawdę dużo robi. Robi, to prawda. Tylko że przez ostatni rok wygodnie mu było przyjąć, że ja „ogarniam resztę”. A ja jeszcze bardziej wygodnie urządziłam wszystkich w przekonaniu, że faktycznie ogarniam.
Powiedziałam mu:
„A zapytałeś mnie chociaż raz, czy ja to wszystko wyrabiam?”
A on od razu:
„A powiedziałaś mi kiedyś, że nie wyrabiasz?”
I tu mnie zatkało, bo nie powiedziałam. Wręcz przeciwnie. Jak proponował, że sam pójdzie na wywiadówkę, to mówiłam, że nie trzeba, bo i tak ja lepiej wiem, co pani mówi. Jak chciał zadzwonić do poradni, to odpowiedziałam, że ja już to ogarnę, bo przecież trzeba wszystko dobrze wyjaśnić. Nawet mamie nie chciałam powiedzieć, że jestem zmęczona, bo ona i tak ma swoje zdrowie i wyrzuty sumienia, że „jest ciężarem”.
W końcu usiadłam i się po prostu rozpłakałam. Nie jakoś widowiskowo, tylko normalnie, ze zmęczenia i wstydu.
Powiedziałam: „Ja już naprawdę nie pamiętam, co mam kiedy zrobić. Otwieram rano oczy i od razu mam kołatanie serca, że coś przeoczę. I właśnie przeoczyłam.”
Mąż odpuścił ton. Usiadł obok i zapytał: „To czemu nic nie mówiłaś?”
I to jest chyba sedno. Bo ja bardzo długo budowałam obraz tej, która daje radę. W pracy — konkretna. W domu — zorganizowana. W szkole dziecka — obecna. Przy mamie — odpowiedzialna. Tylko że pod spodem byłam już rozsypana, ale nie umiałam przyznać, że zwyczajnie nie wyrabiam.
Żeby nie było, on też nie jest bez winy. Naprawdę mógł wcześniej zauważyć, że skoro od tygodni zasypiam na kanapie w ubraniu albo trzeci raz w miesiącu jadę do apteki dyżurnej, to coś jest nie tak. Ale ja też mu nie dawałam dojść do wielu spraw, bo miałam chore przekonanie, że jak coś zrobi inaczej niż ja, to będzie „gorzej”.
Na drugi dzień wziął wolne na dwie godziny, pojechaliśmy razem do poradni, potem do przychodni i udało się jeszcze coś uratować, chociaż nie wszystko od razu. W domu zrobiliśmy listę: co przejmuje on, co ja, co można odpuścić. I pierwszy raz powiedziałam wprost, że nie będę sama prowadzić wszystkiego wokół szkoły, mamy i domu, bo już nie daję rady.
Tylko wiecie co? Mnie do dziś bardziej gryzie nie samo to pismo ze szkoły, tylko to, jak długo udawałam nawet przed sobą, że jestem taka niezawodna. A potem jedna zawalona sprawa wystarczyła, żeby wyszło, że ta moja „siła” była w dużej mierze pozorem.
Z jednej strony myślę, że dorosłość to jednak ogarniać i nie zawalać spraw dziecka. Z drugiej — może większą siłą jest w końcu powiedzieć „nie daję rady”, zanim coś się posypie. Jak wy to widzicie — prawdziwa siła to naprawdę bezbłędnie wszystko dźwigać, czy raczej umieć się przyznać, że człowiek nie wyrabia?