„Nie rób ze mnie wariatki, Anka”. Pięć lat po zdradzie i dalej nie wiem, czy ja jeszcze jestem w tym małżeństwie, czy tylko w rachunkach

„Anka, przestań. Nie rób ze mnie wariatki przy dzieciach” – Marek powiedział to tak spokojnie, że aż mnie zatkało. Stałam w przedpokoju z siatką z Biedronki, a w niej nabiał, parówki dla młodego i jakiś głupi sernik w promocji, bo miałam ochotę na coś słodkiego. I w tej sekundzie pomyślałam, że ja chyba naprawdę oszaleję.

— Ja robię z ciebie wariatkę? — syknęłam. — Ja? To ty potrafisz przez tydzień nie odebrać telefonu w pracy, a potem mówisz, że „miałeś zebrania”.

Kuba, nasz trzynastolatek, siedział na kanapie z padem i udawał, że nie słyszy. Ala, osiem lat, stała w drzwiach pokoju i patrzyła na nas jak na jakąś telewizję. Tego nienawidzę najbardziej.

Marek odwrócił się do mnie plecami i zaczął rozkładać zmywarkę, jakby to była najważniejsza sprawa świata.

— Anka, nie zaczynaj, dobra? Pięć lat minęło.

Pięć lat. No właśnie.

Pięć lat temu odkryłam, że mnie zdradzał. Nie „podejrzewałam”. Odkryłam. Telefon zostawił na blacie, poszedł pod prysznic, a ekran się zaświecił. „Tęsknię. Kiedy znowu?” I serduszko. Serduszko, jakby to była jakaś nastoletnia miłość, a nie facet po trzydziestce z dwójką dzieci i kredytem.

Pamiętam, że wtedy usiadłam na podłodze w kuchni, plecami do lodówki. Tak po prostu. A potem weszłam do łazienki i powiedziałam:

— Marek, kim jest Magda?

Wyszedł w ręczniku, mokre włosy, zdziwione oczy.

— Co?

— Magda. „Tęsknię. Kiedy znowu?”

Przez sekundę próbował robić z siebie idiotę. A potem mu zeszło z twarzy.

Nie będę tu udawać, że od razu go wyrzuciłam. Nie wyrzuciłam. Byłam wtedy na urlopie macierzyńskim z Alą, kasa ledwo się spinała, mój etat w drogerii wisiał na włosku, a mieszkanie – dwa pokoje na Ursynowie – kredyt na oboje. I jeszcze jego mama wtedy już chorowała, a on jeździł do niej do Mińska Mazowieckiego co weekend. Ja miałam wrażenie, że ja jestem sama z wszystkim.

— To był błąd — mówił wtedy. — To się skończyło.

— Kiedy? — zapytałam.

— No… już.

„No już”.

Zostałam. Poszliśmy raz na terapię małżeńską na NFZ, ale terminy były takie, że w sumie to zanim się dostaliśmy, to ja już byłam w innym stanie: w takim „dobra, przetrwamy”. Marek przysięgał, że koniec, że tylko raz, że głupota, że czuł się niedoceniany, że ja tylko dzieci i dzieci. Ja też nie byłam święta. Ja potrafiłam miesiącami chodzić naburmuszona, wytykać mu każdą złotówkę, a jak wracał zmęczony, to miał w domu drugą zmianę i moje pretensje.

Ale zdrada to zdrada. Tego się nie da odhaczyć.

Przez jakiś czas było nawet lepiej. Serio. Był milszy, bardziej obecny. Zabrał nas w końcu nad morze, do Ustki, jak obiecywał od lat. Kupował mi kawę na stacji, taką w kubku, jak ja lubię. Tylko że ja… ja wciąż patrzyłam, czy nie chowa telefonu ekranem do dołu. Czy nie wychodzi na balkon „pogadać”. Czy nie śmieje się do Messengera.

I teraz, po pięciu latach, wciąż mnie potrafi zabić jedno jego „nie zaczynaj”.

Wczoraj to wszystko wybuchło przez głupotę. Przyszłam wcześniej z pracy, bo kierowniczka puściła mnie szybciej – mniejszy ruch. Otwieram drzwi, cisza. A z kuchni słyszę jego głos, przyciszony:

— Mówię ci, nie teraz. Ona by mnie zjadła.

Zamarłam. „Ona”.

— Marek? — weszłam.

Siedział przy stole z telefonem przy uchu. Jak mnie zobaczył, prawie go upuścił.

— Z kim rozmawiasz? — zapytałam.

— Z Piotrkiem z roboty.

— To czemu mówisz „ona by mnie zjadła”?

— Bo… bo chodzi o zmianę grafiku.

Grafik. Jasne.

I tak doszliśmy do dzisiejszej awantury w przedpokoju, do tego, że dzieci słyszą, do mojego sernika w siatce, który nagle stał się totalnie bez sensu.

— Anka, ja nie mam już siły — Marek powiedział w końcu, ściszając głos. — Ty mnie kontrolujesz jak gówniarza.

— A ty mnie okłamałeś jak ostatnią idiotkę. — I sama się zdziwiłam, że to wyszło tak spokojnie.

Marek walnął talerzem o blat. Nie tak, żeby rozbić, ale tak, żeby było głośno.

— Wiesz co? Ty też nie jesteś święta.

— Słucham?

— Pamiętasz, jak brałaś „pożyczkę” od swojej matki, żeby spłacić kartę? A potem się okazało, że to ja spłacałem raty, bo ty nie powiedziałaś, że wzięłaś na siebie dodatkowe 5 tysięcy? — spojrzał na mnie ostro. — Też kłamałaś.

Uderzyło mnie to, bo… no tak. Wzięłam wtedy chwilówkę. Raz. I ukryłam, bo się wstydziłam. Bo bałam się, że mnie zjedzie, że znowu będzie „Anka, po co ci te pierdoły”, a ja chciałam kupić dzieciom łóżko piętrowe i pralkę, bo stara zdechła. I jakoś tak wyszło.

Kuba nagle wstał z kanapy.

— Możecie przestać? — rzucił. — Ja nie wiem, czy wy się rozwodzicie, czy co.

Ala zaczęła płakać cicho, tak jak ona umie, bez krzyku, tylko łzy lecą.

I wtedy Marek… zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Usiadł na krześle, złapał się za głowę i powiedział:

— Dobra. To nie był Piotrek.

Serce mi stanęło.

— No to kto? — głos mi się trząsł.

— To była… Magda.

W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałam, jak z klatki schodowej ktoś zamyka drzwi.

— Żartujesz. — To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.

— Nie. Ona… ona dzwoni, bo jej się sypie. Ma jakieś długi. I… przepraszam, ja nie chciałem ci mówić, bo wiedziałem, że będzie drama.

— Drama? — powtórzyłam. — Ty od pięciu lat mówisz, że to się skończyło, a ona do ciebie dzwoni do naszego domu.

— Nie do „naszego domu”, tylko na mój telefon! — odbił. — Anka, ja jej nie widziałem od tamtego czasu.

— A skąd mam wiedzieć?

Marek wstał i podszedł do szuflady. Wyciągnął jakąś kopertę. Myślałam, że to będzie coś z banku, jakaś umowa, nie wiem.

— Przyszło dwa tygodnie temu. Nie mówiłem ci. — podał mi.

W środku było pismo z sądu. Wezwanie. Nazwisko Magdy, jakieś postępowanie, alimenty… i jeszcze jedno nazwisko, które mnie zmroziło.

Marek.

— Co to jest? — wyszeptałam.

— Ona ma dziecko. — powiedział cicho.

— No i?

— I… ona twierdzi, że to moje.

Nie pamiętam, żebym usiadła, a nagle siedziałam. Na tym samym krześle, na którym on przed chwilą.

— To jest niemożliwe — powiedziałam. — Pięć lat…

— Ja wiem. — Marek miał czerwone oczy. — Ale ona mówi, że wtedy… że się zabezpieczenie… no. I że ona nie chciała nic ode mnie, dopóki jej facet nie odszedł, a teraz nie ma z czego żyć. I podobno zrobiła badania, ale ja nie wiem, czy to nie ściema.

Słowo „ściema” zabrzmiało jakby mówił o źle naliczonym rachunku w Żabce, a nie o czymś, co mi właśnie rozjechało życie.

— I dlatego do niej oddzwaniasz? — zapytałam.

— Dlatego próbuję to ogarnąć. Bo jak to jest moje, to ja… ja nie mogę udawać, że nie istnieje. — powiedział i spojrzał na dzieci. — Ale ja nie chcę was stracić.

Kuba patrzył na niego jak na obcego.

— To ty masz jeszcze jakieś dziecko? — rzucił, niby twardo, ale głos mu pękł.

Marek nie odpowiedział, tylko powtórzył:

— Nie wiem.

I wtedy ja… ja zrobiłam coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Nie rzuciłam w niego talerzem. Nie zaczęłam wyzywać. Tylko powiedziałam:

— To czemu ty to ukrywałeś przede mną dwa tygodnie?

— Bo chciałem najpierw zrobić test. — wyszło z niego. — Żeby nie rozwalić wszystkiego, jeśli to nieprawda.

— A powiedziałeś mi coś? — warknęłam. — Cokolwiek? Nie. Znowu ja mam się dowiedzieć przypadkiem.

— A ty byś co zrobiła? — on też podniósł głos. — Ty byś mi pozwoliła zrobić test spokojnie? Ty byś mi uwierzyła? Ty mi pięć lat wypominasz każdy późniejszy powrót z pracy!

No i tu mnie zablokowało, bo… on ma rację. Ja mu to wypominam. Ja potrafię mu rzucić „pewnie do Magdy” jak nie ma mleka w lodówce. Potrafię. I wstyd mi, ale potrafię.

Tylko że z drugiej strony, jak mam nie wariować, skoro on mi znów coś ukrywa?

Dzisiaj po tej awanturze Marek wyszedł „na spacer”, żeby ochłonąć. Kuba zamknął się w pokoju i puścił muzykę na full. Ala przyszła do mnie do łóżka i zapytała:

— Mamo, tata nas kocha?

Powiedziałam, że tak. Bo co miałam powiedzieć.

A teraz siedzę w kuchni, patrzę na ten sernik z promocji i myślę, że ja już nie wiem, czy ja chcę walczyć o to małżeństwo, czy ja tylko boję się rozwodu, kredytu, tego gadania ludzi i tego, że dzieci będą jeździć „na weekendy”. I jeszcze… jak to jest jego dziecko, to co? Ja mam udawać, że go nie ma? Albo mam patrzeć, jak Marek płaci alimenty, a my zaciskamy pasa jeszcze bardziej? A może on serio chce być uczciwy, tylko nie umie tego powiedzieć normalnie.

Najgorsze jest to, że ja go dalej czasem lubię. Serio. I to mnie wkurza.

Nie wiem, czy jutro mu kazać się wyprowadzić, czy powiedzieć: robimy test DNA i wtedy gadamy. Boję się, że jak znowu „przetrwam”, to za rok będę jeszcze bardziej pusta. A boję się też, że jak go wyrzucę, to potem już nie będzie czego zbierać.

Co wy byście zrobili na moim miejscu: dać mu szansę dokończyć to „ogarnianie” i zrobić test, czy powiedzieć dość i nie czekać na kolejne niespodzianki?