Mąż zdradzał mnie z koleżanką z pracy. Wszyscy wiedzieli, tylko nie ja. Moja historia o upokorzeniu, walce i nowym początku.
Telefon zadzwonił dokładnie wtedy, kiedy kończyłam obierać ziemniaki na obiad. Słychać było jeszcze cichy stuk noża o deskę, kiedy odebrałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz. „Cześć, tu Anka… Przykro mi, ale nie mogę dłużej patrzeć, jak on robi z ciebie głupią” – powiedziała głosem, który znałam z wywiadówek i przypadkowych spotkań pod sklepem. Przez chwilę nie rozumiałam, co się dzieje. „O czym ty mówisz?” – zapytałam, czując, jak serce zaczyna mi walić. „O twoim mężu. O tym, że od miesięcy sypia z Kasią z naszego biura. Wszyscy o tym wiedzą. Przepraszam…” – usłyszałam i wtedy ziemia naprawdę usunęła mi się spod nóg.
Ziemniaki rozsypały się po podłodze, a ja osunęłam się na krzesło. W głowie miałam tylko jedno: wszyscy wiedzieli, tylko nie ja. Wszyscy – sąsiadki, znajomi z pracy, nawet pani ze sklepu, która zawsze pytała mnie o dzieci. Poczułam się jak idiotka. Jakby ktoś przez miesiące grał ze mną w jakąś okrutną grę, a ja byłam pionkiem.
Kiedy wrócił do domu, siedziałam już w kuchni od dwóch godzin, patrząc w ścianę. „Coś się stało?” – zapytał, zdejmując kurtkę. „Chcesz mi coś powiedzieć?” – odpowiedziałam chłodno. Zobaczyłam w jego oczach cień strachu. „O czym ty mówisz?” – próbował grać niewinnego. „O Kasi. O was. O tym, że wszyscy wiedzą oprócz mnie” – powiedziałam powoli, cedząc każde słowo.
Zamilkł. Przez chwilę miałam nadzieję, że zaprzeczy, że powie, że to plotki. Ale on tylko spuścił głowę i wyszeptał: „Przepraszam”.
Wybuchłam płaczem. Krzyczałam na niego, na siebie, na cały świat. „Jak mogłeś? Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś pozwolić, żeby wszyscy się ze mnie śmiali?” – wrzeszczałam tak głośno, że dzieci zamknęły się w swoim pokoju.
Przez kolejne dni żyłam jak w transie. Chodziłam do pracy, gotowałam obiady, odrabiałam z dziećmi lekcje – wszystko mechanicznie. Wszędzie widziałam współczujące spojrzenia sąsiadek i czułam za plecami szepty: „To ta, którą mąż zdradził z Kasią”.
Najgorsze były rozmowy z dziećmi. „Mamo, czemu tata śpi na kanapie?” – zapytała Zosia pewnego wieczoru. „Bo tata zrobił coś bardzo złego” – odpowiedziałam drżącym głosem.
Mama zadzwoniła następnego dnia: „Słyszałam… Ludzie gadają… Co zamierzasz zrobić?” – spytała bez ogródek. „Nie wiem, mamo. Naprawdę nie wiem” – odpowiedziałam i rozpłakałam się po raz kolejny.
W pracy też nie było łatwo. Koleżanki patrzyły na mnie z litością albo udawały, że nic się nie stało. Najgorsza była Basia z księgowości: „Trzymaj się, kochana! Faceci to świnie!” – rzuciła na korytarzu tak głośno, że usłyszała to cała firma.
Wieczorami nie mogłam spać. W kółko analizowałam każdy szczegół ostatnich miesięcy: spóźnienia męża do domu, tajemnicze SMS-y, nagłe delegacje do Warszawy. Jak mogłam być taka ślepa?
Pewnej nocy usiadłam przy stole i zaczęłam pisać list do siebie samej:
„Droga Marto,
Nie jesteś winna temu, co się stało. Nie jesteś głupia ani naiwna. Zaufałaś człowiekowi, którego kochałaś przez 15 lat. To on cię zawiódł, nie ty jego…”
Pisząc te słowa płakałam jak dziecko. Ale poczułam też ulgę – pierwszy raz od tygodni.
Po miesiącu podjęłam decyzję: rozwód. Mąż próbował mnie przekonać do terapii małżeńskiej, obiecywał poprawę, płakał nawet przy dzieciach. Ale ja już nie potrafiłam mu zaufać.
Rozwód był bolesny i upokarzający – musiałam opowiadać obcym ludziom o najintymniejszych szczegółach mojego życia. Teściowa przestała się do mnie odzywać: „To twoja wina! Gdybyś bardziej dbała o męża…” – usłyszałam przez telefon.
Przez długi czas czułam się jak wrak człowieka. Ale powoli zaczęłam odzyskiwać siebie. Zapisałam się na jogę, zaczęłam spotykać się z koleżankami na kawie, pojechałam z dziećmi nad morze – pierwszy raz sama.
Najtrudniejsze były święta – puste miejsce przy stole bolało najbardziej. Ale wtedy Zosia przytuliła mnie i powiedziała: „Mamo, jesteśmy razem. To najważniejsze”.
Dziś minął rok od tamtego telefonu. Nadal boli, ale już inaczej. Nauczyłam się żyć dla siebie i dzieci. Czasem jeszcze spotykam Kasię na ulicy – patrzy na mnie ze wstydem i spuszcza wzrok.
Czy wybaczyłam? Nie wiem. Czy jestem szczęśliwa? Jeszcze nie do końca… Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu robić ze mnie głupiej.
Czy naprawdę można zaufać jeszcze komuś po takim upokorzeniu? Czy da się jeszcze kiedyś pokochać bez lęku?