Weekend pod presją: Teściowa, teść i moje utracone szczęście – szczera spowiedź Ivony

– Iwona, czy ty naprawdę musisz tak długo siedzieć przy tym komputerze? – głos teściowej przeszył ciszę sobotniego poranka jak nóż. Siedziałam skulona przy kuchennym stole, próbując dokończyć raport do pracy, ale jej obecność sprawiała, że każdy klik klawiatury brzmiał jak wystrzał.

– Muszę to skończyć do poniedziałku, pani Zofio – odpowiedziałam cicho, nie podnosząc wzroku.

– Przecież weekend jest od tego, żeby być z rodziną! – wtrącił się teść, pan Marian, z kanapy w salonie. – My tu przyjeżdżamy specjalnie z Pruszkowa, a ty tylko siedzisz i stukasz.

Mój mąż, Tomek, stał w drzwiach, bezradnie patrząc na mnie i swoich rodziców. Wiedziałam, że nie stanie po mojej stronie. On zawsze wybierał spokój – swój spokój. Ja byłam tą, która miała się dostosować.

Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam laptopa. Moje serce waliło jak młotem. Znowu przegrałam. Znowu pozwoliłam im wejść w moje życie jak burza, która nie pyta o zgodę.

– Może zrobię kawę? – zaproponowałam, próbując ukryć drżenie rąk.

Teściowa spojrzała na mnie z wyższością. – Oczywiście, że zrobisz. I przynieś ciasto, które upiekłam. Przynajmniej ktoś tu wie, jak dbać o dom.

W kuchni łzy napłynęły mi do oczu. Każdy weekend wyglądał tak samo: sprzątanie na błysk, gotowanie pod dyktando Zofii, rozmowy o niczym i wieczne porównania do szwagierki Kasi, która „wszystko robi lepiej”.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy odwiedzili nas po ślubie. Byłam pełna nadziei, że stworzymy nową rodzinę, że pokochają mnie jak córkę. Ale już wtedy usłyszałam: „U nas w domu zawsze było inaczej”. Od tamtej pory czułam się jak intruz.

Tomek próbował czasem mnie pocieszać:

– Kochanie, oni są już tacy… Po prostu ich ignoruj.

Ale jak można ignorować ludzi, którzy są w twoim domu co weekend? Którzy komentują każdy szczegół twojego życia?

W niedzielę rano obudziłam się wcześniej niż zwykle. Chciałam choć przez chwilę poczuć ciszę. Usiadłam na balkonie z kubkiem kawy i patrzyłam na budzące się miasto. Przypomniałam sobie czasy sprzed ślubu – samotne spacery po Łazienkach, spontaniczne wypady do kina, wieczory z książką. Teraz każdy mój ruch był oceniany.

Nagle drzwi balkonowe otworzyły się gwałtownie.

– Iwona! – Zofia stała w progu z miną sędziego. – Znowu uciekasz od obowiązków? Wiesz, że Marian nie lubi zimnej jajecznicy!

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

– Może Marian sam sobie zrobi śniadanie? – wyrwało mi się zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zapadła cisza. Teściowa patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– Co ty powiedziałaś?

– Powiedziałam tylko, że też mam prawo do chwili dla siebie – odpowiedziałam drżącym głosem.

Wróciłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać śniadanie, ale ręce mi się trzęsły. Tomek wszedł za mną.

– Musisz być milsza dla mojej mamy – szepnął z wyrzutem.

– A kto będzie miły dla mnie? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedział. Wyszedł bez słowa.

Po południu siedzieliśmy przy stole w napięciu. Zofia opowiadała o tym, jak Kasia zorganizowała chrzciny wnuczki i jak wszystko było „na poziomie”. Marian narzekał na politykę i ceny w sklepach. Ja czułam się przezroczysta.

Kiedy pojechali wieczorem do siebie, usiadłam na podłodze w łazience i płakałam długo. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Mój dom przestał być moją twierdzą – stał się polem bitwy o akceptację i szacunek.

W poniedziałek rano Tomek zapytał:

– Może następnym razem pojedziemy do nich?

Popatrzyłam na niego zmęczonym wzrokiem.

– A może następnym razem zostanę sama w domu?

Nie odpowiedział. Wyszedł do pracy.

Od tamtej pory coraz częściej myślę o tym, gdzie jest granica między kompromisem a rezygnacją z siebie. Czy naprawdę muszę wybierać między rodziną męża a własnym spokojem? Czy ktoś kiedyś zapyta mnie, czego ja chcę?

Może nie jestem idealną żoną ani synową, ale czy nie mam prawa być szczęśliwa we własnym domu? Czy Wy też czasem czujecie się gośćmi w swoim życiu?