Każdego dnia gotuję od nowa, bo Piotr nie chce jeść resztek: Jak się z tego wyrwać?
— Znowu? — usłyszałam głos Piotra, zanim jeszcze zdążyłam postawić talerz na stole. — Przecież to było wczoraj na obiad. Nie możesz ugotować czegoś świeżego?
Zamarłam z łyżką w ręku. W kuchni pachniało jeszcze wczorajszym gulaszem, który specjalnie podgrzałam i podałam z nowymi ziemniakami. W pracy miałam dziś wyjątkowo ciężki dzień, a mimo to pędziłam do domu, żeby zdążyć przed Piotrem i przygotować kolację. Miałam nadzieję, że nie zauważy, że to resztki. Naiwność.
— Piotrze, przecież to jest świeże. Podgrzałam, dodałam trochę śmietany, zrobiłam nowe ziemniaki…
— Ale to nie to samo — przerwał mi zirytowanym tonem. — Wiesz, że nie lubię odgrzewanych rzeczy. Smakuje inaczej. Po co w ogóle gotujesz na dwa dni?
Zacisnęłam zęby. Chciałam coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Ostatnio coraz częściej tak się czuję — jakby moje potrzeby były niewidzialne. Jakby wszystko kręciło się wokół Piotra i jego przyzwyczajeń.
Mam na imię Zuzanna. Od siedmiu lat jestem żoną Piotra. Kiedyś wydawało mi się, że jestem szczęściarą — on był czuły, opiekuńczy, zawsze pytał, czy nie jestem zmęczona. Ale od kilku lat coś się zmieniło. Może to rutyna, może praca, może po prostu życie.
Każdego ranka wstaję przed szóstą, żeby przygotować mu ciepłe śniadanie. Jajecznica z boczkiem, naleśniki, czasem owsianka z owocami — wszystko musi być świeże. Piotr mówi, że tylko wtedy dobrze zaczyna dzień. Potem biegnę do pracy — jestem nauczycielką w podstawówce. Po ośmiu godzinach wracam do domu i pierwsze co robię, to zaglądam do lodówki: co mogę szybko ugotować na kolację?
Czasem mam ochotę po prostu usiąść na kanapie i zamówić pizzę albo podgrzać zupę z wczoraj. Ale wiem, że wtedy Piotr będzie kręcił nosem. On nie rozumie zmęczenia. Dla niego dom to miejsce, gdzie wszystko ma być idealne: świeże jedzenie, czyste ubrania, posprzątane podłogi.
— Zuzka, nie przesadzaj — powiedział kiedyś, gdy próbowałam mu tłumaczyć, że gotowanie codziennie od nowa jest wyczerpujące. — Moja mama zawsze gotowała świeże obiady.
Wtedy poczułam się jak dziecko, które nie spełniło oczekiwań rodzica. Przecież nie jestem jego matką! Ale on tego nie widzi.
Ostatnio coraz częściej kłócimy się o drobiazgi. O to, że ziemniaki są za twarde, że kawa za słaba, że koszula nieuprasowana tak jak lubi. Czasem mam wrażenie, że jestem tylko dodatkiem do jego życia — kimś od gotowania i sprzątania.
Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie moja siostra Marta.
— Zuza, ty się wykończysz! — powiedziała z troską w głosie. — Przecież możesz mu powiedzieć „nie”.
— On tego nie zrozumie — odpowiedziałam cicho. — Dla niego to normalne.
— A dla ciebie? — zapytała ostro.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
Dziś po pracy wróciłam do domu później niż zwykle. W szkole była wywiadówka i musiałam zostać dłużej. Po drodze kupiłam pierogi w osiedlowym barze mlecznym — nie miałam siły gotować.
Kiedy Piotr wrócił do domu i zobaczył plastikowe pudełko na stole, spojrzał na mnie z wyrzutem.
— Serio? Gotowe pierogi? Nie mogłaś zrobić czegoś normalnego?
Poczułam łzy pod powiekami.
— Piotrze, jestem zmęczona…
— Wszyscy są zmęczeni! Ja też pracuję! — przerwał mi ostro.
Wtedy coś we mnie pękło.
— Ale ja też mam prawo być zmęczona! — krzyknęłam pierwszy raz od lat. — Nie jestem twoją służącą!
Piotr zamilkł zaskoczony moją reakcją. Przez chwilę patrzył na mnie bez słowa.
— Może przesadzam… — powiedział cicho po chwili.
Ale ja już nie słuchałam. Wybiegłam do łazienki i zamknęłam się na klucz. Siedziałam na zimnych kafelkach i płakałam jak dziecko.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: Czy naprawdę tak ma wyglądać moje życie? Czy muszę codziennie udowadniać swoją wartość przez gotowanie świeżych obiadów? Czy jestem tylko kucharką i sprzątaczką?
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Piotrem poważnie.
— Musimy coś zmienić — zaczęłam spokojnie przy śniadaniu. — Nie dam rady tak dalej funkcjonować. Potrzebuję twojego wsparcia.
Piotr patrzył na mnie długo w milczeniu.
— Nie wiedziałem, że aż tak ci to ciąży…
— Bo nigdy mnie nie słuchałeś — odpowiedziałam szczerze.
Przez kolejne dni atmosfera była napięta. Piotr próbował sam zrobić sobie kanapki do pracy, ale widziałam po nim, że jest zagubiony. Ja też czułam się dziwnie — jakbym nagle straciła swoją rolę w domu.
Wieczorem zadzwoniła Marta:
— I co? Rozmawialiście?
— Tak… Ale nie wiem, co dalej.
— Może czas pomyśleć o sobie? O tym, czego ty chcesz?
Patrzyłam przez okno na szare bloki i zastanawiałam się: Czego ja właściwie chcę? Czy potrafię żyć inaczej?
Dziś po raz pierwszy od dawna zrobiłam coś tylko dla siebie: poszłam na spacer do parku zamiast gotować obiad od razu po pracy. Kupiłam sobie lody i usiadłam na ławce pod kasztanem. Przez chwilę poczułam się wolna.
Wieczorem Piotr zaproponował pizzę na kolację. Uśmiechnęłam się smutno — może coś zaczyna rozumieć?
Nie wiem jeszcze, jak potoczy się nasze życie. Czy uda nam się znaleźć kompromis? Czy będziemy potrafili rozmawiać o swoich potrzebach?
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet tkwi w podobnej pułapce? Ile z nas zapomina o sobie dla dobra rodziny? Może najwyższy czas zacząć mówić głośno o swoich potrzebach…