Kiedy teściowa rządzi moim życiem: Historia o utracie głosu i walce o siebie
— Zuzka, nie tak się kroi cebulę! — głos pani Haliny, mojej teściowej, przeszył kuchnię jak nóż. Stałam przy blacie, z nożem w ręku, próbując nie uronić łzy. — Przepraszam — szepnęłam, choć nie wiedziałam już, za co przepraszam. Za to, że oddycham? Że jestem? Marek siedział w salonie, zapatrzony w telewizor. Nawet nie drgnął.
Miałam dziewiętnaście lat, kiedy wyszłam za Marka. Był moją pierwszą miłością, a ja byłam naiwna i pełna nadziei. Wydawało mi się, że razem możemy wszystko. Ale życie szybko zweryfikowało moje marzenia. Zamieszkaliśmy z jego rodzicami w ich domu na obrzeżach Krakowa. Miało być tymczasowo, dopóki nie uzbieramy na własne mieszkanie.
Od początku czułam się tam obco. Pani Halina miała swoje zasady: śniadanie o siódmej, obiad o czternastej, kolacja o dziewiętnastej. Wszystko musiało być po jej myśli — nawet sposób, w jaki układałam sztućce w szufladzie. — U nas robi się to tak — powtarzała z uśmiechem, który bardziej przypominał grymas.
Marek? On zawsze stawał po stronie matki. — Daj spokój, Zuzka, mama wie najlepiej — mówił, gdy próbowałam mu się zwierzyć. Czułam się coraz bardziej niewidzialna. Każda próba rozmowy kończyła się kłótnią albo milczeniem.
Najgorsze przyszło po roku wspólnego mieszkania. Marek zaczął mówić o kredycie na mieszkanie. Ucieszyłam się — wreszcie własny kąt! Ale szybko okazało się, że pani Halina ma inne plany.
— Nie ma sensu brać kredytu na dwójkę młodych ludzi — powiedziała pewnego wieczoru przy stole. — Lepiej przepisać dom na Marka i Zuzkę. Ale pod warunkiem, że zostaniecie tu z nami.
Zamarłam. Moje serce zaczęło bić szybciej. — Chciałabym mieć coś swojego… — zaczęłam nieśmiało.
— Przecież to będzie wasze! — przerwała mi teściowa. — Po co się zadłużać? Tu macie wszystko.
Marek spojrzał na mnie z wyrzutem. — Mama ma rację.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Patrzyłam w sufit i czułam się jak więzień we własnym życiu. Przypomniałam sobie rozmowy z mamą: „Zuzka, pamiętaj, żebyś nigdy nie pozwoliła nikomu decydować za siebie”. A ja? Pozwoliłam.
Kolejne tygodnie były coraz trudniejsze. Pani Halina coraz częściej komentowała moje ubrania („U nas nie chodzi się w takich spodniach”), sposób wychowywania naszego synka Antosia („Za dużo go nosisz na rękach!”), a nawet to, jak rozmawiam przez telefon z mamą („Po co tyle dzwonisz do tej swojej matki?”).
Czułam się coraz bardziej osaczona. Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam panią Halinę przeszukującą moją szafę.
— Szukam pościeli — powiedziała bez skrupułów.
— Ale to moja szafa… — wyszeptałam.
— W tym domu nie ma nic „mojego” ani „twojego”. Wszystko jest wspólne — odpowiedziała stanowczo.
Tego wieczoru wybuchła kłótnia. Po raz pierwszy podniosłam głos:
— Mam dość! Chcę mieć coś swojego! Chcę decydować o swoim życiu!
Marek patrzył na mnie jak na obcą osobę.
— Przesadzasz, Zuzka. Mama chce dobrze.
— A ja? Ja też coś znaczę?
Nie odpowiedział.
Następnego dnia spakowałam walizkę i zabrałam Antosia do mamy. Płakałam całą drogę tramwajem przez pół miasta. Mama otworzyła drzwi i bez słowa przytuliła mnie mocno.
— Wiedziałam, że kiedyś znajdziesz odwagę — powiedziała cicho.
Przez pierwsze dni czułam ulgę, ale też ogromny strach. Co dalej? Czy Marek będzie walczył o nas? Czy wrócę do domu teściów jako pokonana?
Marek dzwonił rzadko. Gdy w końcu przyszedł do mamy, był spięty i zdenerwowany.
— Zuzka, wracaj do domu. Mama już się uspokoiła.
— To nie chodzi tylko o nią! Chcę mieć wpływ na swoje życie! Chcę decydować o tym, gdzie mieszkam i jak wychowuję nasze dziecko!
— Przesadzasz… — powtórzył tylko i wyszedł bez słowa.
Zaczęłam szukać pracy na pół etatu i mieszkania do wynajęcia. Mama pomagała mi przy Antosiu. Każdego dnia uczyłam się mówić „nie”, stawiać granice i walczyć o siebie.
Po kilku miesiącach Marek przyszedł jeszcze raz.
— Zuzka… Może spróbujemy sami? Bez mamy?
Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam pierwszy raz strach i żal.
— Chcę być z tobą, ale tylko jeśli będziemy razem decydować o naszym życiu — powiedziałam stanowczo.
Nie wiem jeszcze, jak potoczy się nasza historia. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu odebrać mi głosu.
Czy naprawdę trzeba przejść przez piekło, żeby nauczyć się walczyć o siebie? Ile kobiet w Polsce codziennie traci swój głos w cieniu cudzych oczekiwań?