„Jak mogłaś wyjść i zostawić własną matkę?” Usłyszałam to na klatce schodowej i do dziś nie wiem, czy zrobiłam coś strasznego, czy w końcu uratowałam siebie
„Jak mogłaś ją tak zostawić?” – to usłyszałam od ciotki na klatce, kiedy wynosiłam ostatnią torbę z mieszkania mojej matki. I najgorsze jest to, że chwilę wcześniej sama zadałam sobie dokładnie to samo pytanie.
Mieszkam w Łodzi, a matka od trzech lat była sama w M-3 po babci na Retkini. Po śmierci ojca zaczęłam do niej jeździć prawie codziennie. Najpierw zakupy z Biedronki, potem apteka, lekarz rodzinny, rachunki, w końcu też sprzątanie i pilnowanie, żeby brała leki. Na początku mówiłam sobie: „To przecież normalne, każdy pomaga rodzicowi”. Tylko że z czasem ta pomoc przestała być pomocą, a zaczęła być pełnym podporządkowaniem życia.
Matka potrafiła zadzwonić o 22:30 i powiedzieć: „Masz przyjechać teraz, bo ja nie dam rady sama”. Jechałam przez pół miasta, a na miejscu się okazywało, że chodziło o przestawienie garnka do lodówki albo znalezienie pilota. Raz powiedziałam: „Nie mogę, jutro mam od 7 pracę”. A ona od razu: „Czyli już ci matka przeszkadza”. I mnie brało poczucie winy.
Pracuję w rejestracji w przychodni, kokosów z tego nie ma. Mam swoje mieszkanie na kredyt, syna w technikum i byłego męża, który alimenty wpłaca, jak sobie przypomni. I tak przez długi czas ciągnęłam wszystko naraz. Tylko że też nie byłam fair, bo przed rodziną udawałam, że daję radę. Jak brat dzwonił z Wrocławia i pytał: „Wszystko pod kontrolą?”, to odpowiadałam: „Tak, ogarniam”. Trochę z dumy, trochę dlatego, że wiedziałam, że i tak nie przyjedzie.
Problem wybuchł w maju. Matka od jakiegoś czasu była coraz bardziej nerwowa. Raz czuła się świetnie, a raz robiła awanturę o to, że „wszyscy czyhają na jej mieszkanie”. Mówiłam, żeby iść do lekarza, może do psychiatry, może neurolog. Obrażała się. „Ze mnie wariata nie zrobisz”. Ja też odwlekałam temat, bo bałam się, że jak to nazwę głośno, to już naprawdę będę musiała wziąć za wszystko odpowiedzialność.
Tamtego dnia weszłam do kuchni, a ona stała przy zlewie i krzyczała, że jej ukradłam pieniądze. Dosłownie. „Było w kopercie 4 tysiące i nie ma. Tylko ty tu masz klucze”. Zamurowało mnie. Powiedziałam: „Mamo, opanuj się, nic ci nie wzięłam”. A ona na to: „Nie mów do mnie mamo, złodziejko”.
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie powiedziała. Zaczęłam tłumaczyć, że może schowała, że poszukamy. Otworzyła szufladę i rzuciła we mnie ściereczką, potem kubkiem. Kubek uderzył w ścianę. Niby nic wielkiego, ale wtedy pierwszy raz się jej przestraszyłam. Nie o siniaka, tylko o to, że już nie wiem, czego się po niej spodziewać.
Zadzwoniłam do brata. Powiedział: „To pewnie starość i nerwy, nie przesadzaj”. Powiedziałam: „To przyjedź na weekend i sam zobacz”. Odpowiedział, że ma pracę i dzieci. Wkurzyłam się i wypaliłam, że łatwo mu mówić z daleka. On z kolei, że sama wszystkich odsunęłam, bo zawsze chciałam być tą najważniejszą i decydować. Zabolało, bo trochę było w tym prawdy.
Wieczorem matka zaczęła płakać i mówić, żebym jej nie oddawała do żadnego domu. A ja przecież jeszcze nic o żadnym domu nie mówiłam. Usiadłam obok i powiedziałam: „Ja już nie daję rady sama”. A ona: „To mnie zostaw. I tak ci tylko przeszkadzam”. I to było takie typowe dla niej – albo pełna zależność, albo pretensja, że jest ciężarem.
Następnego dnia poszłam do MOPS-u zapytać, co w ogóle mogę zrobić. Pani powiedziała o opiekunce środowiskowej, o zasiłku, o możliwości konsultacji psychiatrycznej, ale też usłyszałam, że bez współpracy matki wiele się nie da. Potem rodzinny wystawił skierowanie do poradni zdrowia psychicznego, tylko matka nie chciała iść. Kiedy powiedziałam, że sama tego nie udźwignę, usłyszałam: „To się wyprowadź i miej święty spokój, na to tylko czekasz”.
Najgorsze jest to, że ja naprawdę zaczęłam o tym marzyć. O świętym spokoju. O jednym wieczorze bez telefonu, bez napięcia w brzuchu, bez sprawdzania, czy znowu nie stoję między obowiązkiem a własnym życiem. I z tego powodu czuję się winna do dziś.
Pieniądze znalazły się po tygodniu. W pudełku po herbacie, w pawlaczu. Matka nie przeprosiła. Powiedziała tylko: „No widzisz, zamieszanie było niepotrzebne”. A ja wtedy odpowiedziałam coś, czego długo w sobie nie dopuszczałam: „Nie, potrzebne. Bo ja już tak dłużej nie będę żyć”.
Załatwiłam zmianę zamków u siebie, bo miała mój komplet kluczy i kilka razy wpadała bez zapowiedzi, kiedy byłam w pracy, „sprawdzić, czy wszystko dobrze”. Ograniczyłam wizyty do konkretnych dni. Złożyłam wniosek o opiekę z MOPS-u i cisnęłam brata, żeby przyjeżdżał chociaż raz w miesiącu. Rodzina oczywiście podzielona. Jedni, że w końcu postawiłam granice. Inni, że matki się nie zostawia, jaka by nie była.
Tylko ja jej nie wyrzuciłam z życia. Nadal załatwiam lekarzy, robię większe zakupy, odbieram telefony. Po prostu przestałam być dostępna zawsze, natychmiast i za cenę własnych nerwów. A mimo to i tak czasem słyszę, że jestem niewdzięczna.
I naprawdę nie wiem, w którym miejscu kończy się lojalność wobec rodzica, a zaczyna zwykłe niszczenie samej siebie. Jak wy byście to ocenili na moim miejscu?