Kiedy zostałam sama z dwiema chorymi córkami, a mój mąż „dochodził do siebie” w ramionach innej
„Nie dramatyzuj, muszę gdzieś dojść do siebie, bo zaraz znowu mnie rozłoży” — powiedział Paweł, stojąc już w kurtce przy drzwiach, kiedy młodsza córka zwymiotowała mi na rękaw, a starsza leżała na kanapie i aż się trzęsła z gorączki.
Patrzyłam na niego i serio nie wierzyłam, że to się dzieje. Miał za sobą zapalenie płuc, siedział dwa tygodnie na L4, był słaby, to prawda. Tylko że ja też ledwo stałam. Od trzech nocy prawie nie spałam, bo najpierw jedna córka dostała infekcji, potem druga. Syrop przeciwgorączkowy, inhalacje, teleporada, potem przychodnia, bo kaszel się pogorszył. Zwykłe życie, tylko takie na granicy wytrzymałości.
A on stwierdził, że pojedzie do swoich rodziców pod Radom, bo tam będzie cisza, rosół, odpoczynek i „mama go postawi na nogi”.
Powiedziałam tylko:
„A mnie kto postawi?”
Nawet na mnie nie spojrzał. Chwycił torbę i wyszedł.
Przez pierwsze dwa dni próbowałam sama siebie przekonywać, że może faktycznie przesadzam. Że chłop był chory, osłabiony, spanikował. Tylko że dzieci nie przestawały chorować. Jedna miała antybiotyk, druga dostała zapalenia ucha. W przychodni jak zwykle kolejka, ludzie kaszlący jeden na drugiego, pani w rejestracji obrażona na świat, a ja z dwiema marudnymi dziewczynkami i torbą pełną chusteczek, wody i wyników badań.
Dzwoniłam do Pawła.
Raz odebrał.
„Nie mogę teraz gadać, leżę.”
W tle słyszałam muzykę. Nie głośno, ale jednak.
„Leżysz przy disco polo?” — zapytałam.
„Telewizor rodzice oglądają. Marta, błagam cię, nie szukaj problemu.”
Nie szukałam. Chyba bałam się szukać.
Moja mama pomogła mi jeden dzień, ale sama opiekuje się moją babcią po udarze. Sąsiadka z bloku odebrała starszą ze świetlicy, kiedy musiałam lecieć z młodszą na kontrolę. Wieczorami siedziałam na podłodze w łazience, bo tam była najlepsza para do inhalacji, i miałam ochotę wyć. A Paweł pisał coraz krótsze wiadomości. „Śpię.” „Źle się czuję.” „Zadzwonię jutro.”
Nie dzwonił.
Pękło coś we mnie, kiedy jego kolega z pracy, Mirek, zadzwonił niby zapytać, czy Paweł wróci w poniedziałek, bo szef się wścieka. Powiedziałam, że przecież jest u rodziców i dochodzi do siebie.
Po drugiej stronie zapadła taka głupia cisza.
„Aha… dobra. To może ja już nic nie mówiłem.”
Serce mi wtedy dosłownie zjechało do brzucha.
Wieczorem sprawdziłam lokalizację w telefonie Pawła. Mieliśmy ją włączoną od dawna, bardziej dla wygody niż kontroli. I co? Nie było żadnego Radomia. Było osiedle na drugim końcu Warszawy. To samo miejsce przez trzy wieczory pod rząd.
Nie znałam tego adresu. Ale znałam nazwisko kobiety, z którą ostatnio dziwnie często wracał w rozmowach z pracy. Monika. „Bo Monika to, bo Monika tamto, bo Monika ogarnia nowy projekt”. Niby nic. Takie tam biurowe gadanie.
Napisałam do niego: „Jak się czuje twoja mama?”
Odpisał po godzinie: „Lepiej. Śpi.”
Wtedy już wiedziałam.
Następnego dnia zawiozłam dziewczynki do mojej mamy, wzięłam taksówkę i pojechałam pod ten adres. Siedziałam pod blokiem prawie czterdzieści minut. Ręce mi się trzęsły, gardło miałam suche jak papier. I nagle zobaczyłam jego. Wyszedł z klatki z nią. Śmiali się. On niósł siatkę z zakupami. Jakby szedł po prostu po bułki do normalnego życia.
Wyszłam z auta i tylko powiedziałam:
„To tu dochodzisz do siebie?”
Paweł zamarł. Monika od razu się cofnęła, spuściła wzrok. On próbował coś mówić, że to nie tak, że miał mi powiedzieć, że wszystko się skomplikowało. Klasyka. Naprawdę, aż mnie mdliło od tych słów.
„Dwie córki chore w domu, a ty bawisz się w nowe życie?”
„Nie bawię się!” — syknął. „Ja już od dawna się dusiłem. W domu ciągle tylko pretensje, obowiązki, problemy. Ty już nawet na mnie nie patrzyłaś jak na męża.”
To mnie zabolało chyba bardziej niż sam widok ich razem. Bo coś w tym było. Po drodze gdzieś się zgubiliśmy. Kredyt hipoteczny, przedszkole, raty, jego nadgodziny, moje dorabianie na zleceniu, choroby dzieci, zakupy, pranie, wieczne „potem pogadamy”. Ja byłam zmęczona i zła. On obrażony i coraz bardziej nieobecny. Tylko że sorry, wiele małżeństw tak żyje. I nie każde kończy się tym, że facet ucieka do kochanki, kiedy żona siedzi z termometrem i antybiotykiem.
Powiedziałam mu to.
A on wtedy, już ciszej, bez patrzenia na mnie, rzucił:
„Tak. Zdradziłem cię.”
Po prostu. Jakby odhaczył temat.
Nie pamiętam nawet, co odpowiedziałam. Pamiętam za to, że wróciłam do domu i musiałam normalnie podać dzieciom kolację, zmierzyć temperaturę, nastawić pranie i odebrać telefon od teściowej, która powiedziała tylko: „Paweł mówi, że między wami od dawna było źle. Nie róbcie z tego widowiska.”
Widowiska. Jasne. W Polsce wszystko najlepiej zamieść pod dywan, żeby sąsiedzi nie gadali.
Minęły trzy tygodnie. Paweł na razie mieszka u kolegi, bo do niej podobno „nie chce iść od razu”. Przysyła pieniądze na dzieci, ale nawet nie umie spojrzeć starszej w oczy, kiedy pyta, czemu tata nie śpi już w domu. Ja raz chcę złożyć pozew, a raz mam ochotę cofnąć czas i walnąć nami o ścianę dużo wcześniej, zanim wszystko tak zgniło od środka.
Najgorsze jest to, że czuję jednocześnie wściekłość i wstyd. Wściekłość, że mnie oszukał. Wstyd, że tyle rzeczy widziałam i udawałam, że nie widzę. Bo łatwiej było ogarniać codzienność niż przyznać, że moje małżeństwo właśnie się sypie.
I teraz sama nie wiem, co gorsze — sama zdrada czy to, że zostawił mnie wtedy, kiedy naprawdę go potrzebowałam najbardziej.
Powiedzcie mi szczerze: da się jeszcze odbudować coś po takim kłamstwie, czy to już jest ten moment, kiedy trzeba w końcu wybrać siebie?