Dopiero kiedy trafiłam na SOR, mąż zauważył, że od miesięcy ledwo stoję na nogach
„Serio? Teraz ci się słabo robi?” – to było pierwsze, co usłyszałam od męża, kiedy usiadłam na podłodze w kuchni, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. Dzieci już były spóźnione do szkoły, pranie niezłożone, a ja jeszcze miałam jechać do mamy z zakupami i potem do pracy. I mnie wtedy po prostu zagotowało bardziej niż od samego zasłabnięcia.
Powiedziałam: „Naprawdę myślisz, że ja to robię specjalnie?”
A on: „Nie o to chodzi, tylko wszystko jest na już, a ty siadasz i płaczesz.”
To nie był jeden z tych wielkich filmowych kryzysów. Bardziej taki zwykły polski wtorek, tylko że mnie już nie było z czego ciągnąć.
Mam pracę na pół etatu w przychodni rejestracji, ale każdy wie, jak wygląda „na pół etatu”, jak brakuje ludzi. Do tego dwójka dzieci, jedno w podstawówce, drugie w liceum, mama po operacji biodra, mieszka sama dwa osiedla dalej, a brat jest, owszem, ale „ma daleko”, chociaż samochodem ma 25 minut. Teściowa też wymaga pomocy, ale tu akurat mąż częściej się angażuje, tylko że u niego to jest „pomoc”, a u mnie „naturalne, że zrobię”.
I wiem, że sama do tego doprowadziłam. Jak ktoś pytał, czy dam radę, to mówiłam: „Spokojnie, ogarnę”. Jak w pracy prosili, żebym została godzinę dłużej, zostawałam. Jak mama dzwoniła, że skończył się jej chleb, to leciałam do Biedronki. Jak dziecko wieczorem przypomniało sobie o stroju na WF, to prałam o 22. Sama sobie budowałam ten obraz, że jestem niezniszczalna.
Tylko że od paru miesięcy byłam już po prostu zła. Na wszystkich. A najbardziej chyba na siebie, że jak już robiłam wszystko, to jeszcze liczyłam, że ktoś sam z siebie to zauważy.
Najgorsze było to, że mąż naprawdę uważał, że dzielimy się obowiązkami. Bo on płaci większość raty za mieszkanie, robi większe zakupy w sobotę, zawozi auto do mechanika, czasem ugotuje. I to jest prawda. Tylko cała reszta, ta drobnica, która zjada życie, była po mojej stronie. Terminy u lekarzy, Librus, wywiadówki, prezenty na urodziny do klasy, recepty dla mamy, telefon do spółdzielni, rachunki, dentysta, proszek do prania, strój galowy, szczepienie kota, który formalnie też „jest wspólny”.
Kilka dni przed tym zasłabnięciem powiedziałam mu: „Ja już nie daję rady”.
A on bez złośliwości, bardziej ze zdziwieniem: „Ale z czym konkretnie?”
I to mnie tak uderzyło, że aż zamilkłam. Bo on serio nie wiedział.
W dzień, kiedy usiadłam na tej podłodze, skończyło się SOR-em. Nic spektakularnego, odwodnienie, skoki ciśnienia, przemęczenie, lekarz powiedział wprost: „Pani organizm mówi stop”. Dał zalecenia, L4 na kilka dni i tyle. Mąż wtedy się przestraszył, był przy mnie, zawiózł, odebrał, zrobił kolację dzieciom. Tylko ja zamiast wdzięczności czułam wściekłość, że dopiero jak wylądowałam w szpitalu, to wszyscy nagle umieli coś zrobić.
W domu wybuchłam.
Powiedziałam: „Czy naprawdę musiałam trafić na SOR, żebyś zauważył, że jestem wykończona?”
On też się zdenerwował: „A skąd miałem wiedzieć, skoro zawsze mówisz, że ogarniesz? Jak próbuję coś zrobić po swojemu, to poprawiasz albo mówisz, że będzie szybciej, jak sama zrobisz.”
I tu niestety też miał rację. Bo ja nie tylko brałam wszystko na siebie, ale jeszcze kontrolowałam, jak ma być zrobione. Jak zrobił zakupy, to miałam pretensje, że nie ten chleb. Jak spakował dzieciom śniadaniówki, to komentowałam, że za mało warzyw. Jak pojechał do mojej mamy, to później wydzwaniałam, czy na pewno wykupił wszystko w aptece. Niby chciałam pomocy, ale takiej dokładnie według mojej listy i mojej metody.
Tylko że jest jeszcze druga rzecz, której długo nie mówiłam. Od roku dokładam do domowego budżetu mniej niż wcześniej, bo miałam trochę nieprzemyślanych wydatków i weszłam w raty. Nic typu wakacje w Egipcie, bardziej głupie zbieranie wszystkiego naraz: telefon, korekcja zębów młodszego, prywatne wizyty u endokrynologa, bo na NFZ terminy były kosmiczne, i jeszcze pożyczka dla brata, której do dziś nie oddał. Ukrywałam, że jest mi ciężej finansowo, bo nie chciałam słuchać, że znowu biorę za dużo na siebie. Więc jeszcze bardziej nadrabiałam „robotą”, żeby nikt nie powiedział, że dokładam za mało.
Jak to wyszło, mąż powiedział: „To już w ogóle nie wiedziałem, w jakiej jesteś sytuacji”.
A ja: „Bo jak miałam ci powiedzieć? Że nie wyrabiam ani fizycznie, ani finansowo?”
On: „Normalnie. Jesteśmy małżeństwem, a nie współlokatorami.”
Z jednej strony miałam ochotę go wyśmiać, bo łatwo mówić po fakcie. Z drugiej, uczciwie mówiąc, ja naprawdę długo grałam twardą. U mnie w domu zawsze było tak, że kobieta miała dawać radę i nie marudzić. Mama do dziś mówi: „Każda z nas była zmęczona i żyje”. Może dlatego tak długo czekałam, aż ktoś sam się domyśli, zamiast po prostu powiedzieć wprost: „Nie dam rady, przejmij to i to”.
Po tym wszystkim usiedliśmy z kartką. Rozpisaliśmy konkrety. Mąż przejął sprawy związane z samochodem, opłaty i wizyty starszego u lekarzy. Dzieci dostały swoje stałe obowiązki, bez poprawiania po nich co pięć minut. Bratu powiedziałam, że jeśli mama potrzebuje zakupów czy zawiezienia na kontrolę, to nie pytam już, czy może, tylko wpisuję go w grafik. Obraził się, ale przyjechał.
Tylko we mnie dalej siedzi żal. Bo niby teraz jest lepiej, ale ja nie umiem zapomnieć tego, że zanim pękłam, byłam dla wszystkich po prostu „tą, co ogarnia”. I nie wiem, czy to fair mieć o to pretensje, skoro sama latami uczyłam wszystkich, że mogą na mnie polegać bez końca.
Czy waszym zdaniem naprawdę musi dojść do kryzysu, żeby w domu ktoś w końcu zobaczył, że druga osoba też jest zmęczona, czy to ja za długo milczałam i mam pretensje nie tam, gdzie trzeba?