Mój mąż myślał, że nigdy nie odkryję, że połowę pensji wysyła do swojej matki
– Znowu nie masz pieniędzy na rachunki, Anka? – głos mojej teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stała w drzwiach, opierając się o framugę, z tym swoim ironicznym uśmieszkiem. – Może powinnaś lepiej gospodarować budżetem?
Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą. W środku aż się gotowałam, ale nie mogłam pozwolić sobie na wybuch. Nie przy niej. Nie przy moim mężu, który właśnie wrócił z pracy i rzucił mi krótkie spojrzenie – takie, które mówiło: „Nie zaczynaj”.
– Wszystko jest pod kontrolą – odpowiedziałam chłodno, choć czułam, że to kłamstwo. Od miesięcy coś się nie zgadzało. Pieniądze znikały z naszego wspólnego konta szybciej niż zwykle. Rachunki piętrzyły się na stole, a ja coraz częściej musiałam wybierać: prąd czy jedzenie?
Marek, mój mąż, był zawsze zamknięty w sobie. Po ślubie wydawało mi się, że to kwestia czasu, aż się otworzy. Ale minęło siedem lat i nic się nie zmieniło. Pracował jako kierowca autobusu miejskiego w Warszawie – wracał zmęczony, milczący, czasem nawet nie całował mnie na powitanie. Zawsze tłumaczył się zmęczeniem.
Ale tego dnia coś we mnie pękło. Po wyjściu teściowej usiadłam naprzeciwko Marka.
– Musimy porozmawiać – zaczęłam cicho.
– Teraz? Jestem zmęczony – burknął, nawet na mnie nie patrząc.
– Marek, gdzie są nasze pieniądze? – zapytałam wprost.
Zamarł. Przez chwilę myślałam, że udaje, że nie słyszy. Ale potem spojrzał mi prosto w oczy. Widziałam w nich strach.
– O czym ty mówisz?
– Wiesz dobrze. Co miesiąc brakuje nam kilkuset złotych. Rachunki nie są opłacane na czas. A ja nie wydaję więcej niż zwykle. Co się dzieje?
Milczał długo. W końcu westchnął i odwrócił wzrok.
– Pomagam mamie – powiedział cicho.
Zatkało mnie.
– Pomagasz mamie? Ile jej wysyłasz?
– Połowę pensji…
Poczułam, jak świat wiruje. Połowa pensji? Przez ile miesięcy? Lata? Czy to dlatego zawsze była taka pewna siebie? Czy dlatego nigdy nie brakowało jej na nic?
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – głos mi się załamał.
– Bo wiedziałem, że się wściekniesz…
Wstałam gwałtownie od stołu. Zaczęłam chodzić po kuchni tam i z powrotem, próbując zebrać myśli.
– Marek, jesteśmy rodziną! Powinieneś był ze mną porozmawiać! Przez ciebie nie mamy na życie!
– To moja matka! Nie mogłem jej zostawić bez pomocy!
– A mnie możesz?!
Wybiegłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Łzy same płynęły mi po policzkach. Przypomniałam sobie dzień naszego ślubu. Moja mama ostrzegała mnie wtedy: „Uważaj na jego matkę. Ona zawsze będzie najważniejsza”. Nie chciałam wierzyć. Myślałam, że przesadza.
Przez kolejne dni Marek unikał rozmów. Ja też milczałam – nie wiedziałam nawet, jak zacząć naprawiać to wszystko. Teściowa przychodziła codziennie, jakby nic się nie stało. Zaczęła nawet przynosić nam jedzenie – „żebyście nie głodowali”, mówiła z przekąsem.
W pracy byłam cieniem samej siebie. Koleżanka z biura, Kasia, zauważyła moją zmianę.
– Anka, co się dzieje? Wyglądasz jakbyś nie spała od tygodnia.
Nie wytrzymałam i wszystko jej opowiedziałam. Kasia pokiwała głową ze zrozumieniem.
– U mnie było podobnie… Tylko że mój mąż pił i wszystko przepijał z ojcem. Ale wiesz co? Musisz postawić granice. Inaczej nigdy się to nie skończy.
Wieczorem wróciłam do domu z mocnym postanowieniem rozmowy. Marek siedział przed telewizorem.
– Musimy ustalić zasady – powiedziałam stanowczo.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Od dziś żadnych pieniędzy dla twojej matki bez mojej zgody. Jeśli chcesz jej pomagać – ustalamy kwotę razem i tylko wtedy, gdy nas na to stać.
Widziałam bunt w jego oczach.
– To moja rodzina!
– A ja? Ja się nie liczę?
Cisza była gęsta jak mgła nad Wisłą o świcie.
Tej nocy spałam sama w sypialni. Marek został na kanapie. Rano wyszedł do pracy bez słowa.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak współlokatorzy. Teściowa coraz częściej dzwoniła do Marka – słyszałam ich szepty przez drzwi pokoju. Czułam się coraz bardziej obca we własnym domu.
Pewnego dnia znalazłam w skrzynce list polecony adresowany do Marka od komornika. Serce mi stanęło – długi? Otworzyłam kopertę drżącymi rękami i przeczytałam: zaległości alimentacyjne wobec jego młodszego brata, który mieszkał z matką po rozwodzie rodziców.
Zrozumiałam wtedy wszystko. Marek nie tylko pomagał matce – spłacał jej długi i alimenty za ojca alkoholika, który zostawił rodzinę lata temu.
Wieczorem usiadłam naprzeciwko niego z listem w ręku.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś o bracie? O alimentach?
Marek spuścił głowę.
– Wstydziłem się… Myślałem, że sobie poradzę sam…
Poczułam współczucie i gniew jednocześnie.
– Ale my jesteśmy małżeństwem! Powinniśmy być drużyną!
Zaczął płakać – pierwszy raz od lat widziałam łzy w jego oczach.
– Przepraszam… Nie chciałem cię obciążać…
Przytuliłam go mocno. Wiedziałam już, że to nie tylko jego wina – ja też pozwoliłam mu zamknąć się w sobie i udawać, że wszystko jest dobrze.
Zaczęliśmy rozmawiać – długo i szczerze, pierwszy raz od lat. Ustaliliśmy budżet domowy, poszliśmy razem do doradcy finansowego. Teściowa była wściekła – przestała przychodzić tak często i zaczęła rozpuszczać plotki po rodzinie o tym, jaka jestem „zimna” i „wyrachowana”.
Ale po raz pierwszy od dawna poczułam spokój. Zaczęliśmy z Markiem budować nasze życie od nowa – powoli, krok po kroku.
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze rodzin w Polsce żyje w cieniu takich tajemnic? Ile kobiet milczy z lęku przed konfliktem? Czy można naprawdę odbudować zaufanie po zdradzie?