„Przyjechałem tu odpocząć na wakacje, a nie pracować w ogrodzie!” – historia babci, która musiała wybrać między własnym spokojem a rodziną

– Babciu, serio? Przyjechałem tu odpocząć na wakacje, a nie pracować w ogrodzie! – głos Kuby odbił się echem od ścian starego domu. Stałam w kuchni z rękami mokrymi od wody, bo właśnie płukałam świeżo zerwane truskawki. Zamarłam. W tej jednej chwili poczułam się jak intruz we własnym domu.

Cztery lata temu pochowałam mojego męża, Zbyszka. Ogród, który razem pielęgnowaliśmy przez ponad trzydzieści lat, stał się moim azylem. To tu, wśród malinowych krzaków i pachnących piwonii, uczyłam się żyć na nowo. Dzieci i wnuki przyjeżdżały coraz rzadziej – każdy miał swoje sprawy. Ale w tym roku obiecano mi, że Kuba spędzi u mnie całe wakacje. Miałam nadzieję, że razem odnowimy stare grządki, może nawet posadzimy coś nowego. Chciałam mu pokazać, jak wiele radości daje praca z ziemią.

Ale Kuba miał inne plany. Od rana do nocy siedział z telefonem w ręku, słuchawkami na uszach. Czasem wychodził na rower albo spotykał się z kolegami z sąsiedniej wsi. Gdy poprosiłam go o pomoc przy podlewaniu pomidorów, spojrzał na mnie jak na kogoś, kto właśnie odebrał mu ostatnią szansę na szczęście.

– Babciu, przecież to twoje hobby, nie moje! – rzucił pewnego dnia, kiedy próbowałam go zachęcić do wspólnego pielenia grządek.

Poczułam ukłucie żalu. Przecież nie chciałam go zmuszać. Ale czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że dla mnie ten ogród to coś więcej niż tylko warzywa i kwiaty? To wspomnienia o Zbyszku, o naszych dzieciach biegających boso po trawie, o letnich wieczorach przy ognisku.

Wieczorem zadzwoniła moja córka, Ania.

– Mamo, nie bądź taka surowa dla Kuby. On cały rok ciężko się uczył, niech trochę odpocznie – powiedziała łagodnie.

– Ale ja nie każę mu orać pola! Chciałam tylko, żebyśmy spędzili trochę czasu razem…

– On jest inny niż my byliśmy w jego wieku. Daj mu trochę luzu.

Zamknęłam oczy i poczułam łzy pod powiekami. Może rzeczywiście jestem staroświecka? Może nie rozumiem dzisiejszej młodzieży?

Następnego dnia postanowiłam spróbować jeszcze raz.

– Kuba, chodź ze mną do ogrodu. Pokażę ci coś fajnego – powiedziałam z uśmiechem.

Westchnął ciężko, ale poszedł za mną. Pokazałam mu gniazdo kosów ukryte w krzewie porzeczek. Przez chwilę patrzył z zainteresowaniem na pisklęta.

– Fajne… Ale mogę już iść? – zapytał po minucie.

Wróciłam sama do domu. Usiadłam na werandzie i patrzyłam na zachodzące słońce. Przypomniały mi się czasy, gdy moje dzieci pomagały mi bez słowa sprzeciwu. Czy naprawdę wszystko musi się zmieniać?

Kolejne dni mijały podobnie. Kuba coraz częściej wychodził z domu albo zamykał się w swoim pokoju. Ja coraz częściej płakałam po cichu wieczorami.

Pewnego popołudnia przyszła sąsiadka, pani Halina.

– Coś taka smutna, Marysiu? – zapytała troskliwie.

Opowiedziałam jej wszystko. Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Moja wnuczka to samo. Dla nich świat to internet i telefony. Ale wiesz co? Może trzeba im pokazać inaczej? Nie zmuszać, tylko zaciekawić…

Wieczorem długo myślałam nad jej słowami. Następnego dnia przygotowałam dla Kuby niespodziankę – stary album ze zdjęciami. Usiedliśmy razem przy stole.

– Zobacz, tu twój dziadek sadzi pierwsze jabłonki… A tu twoja mama z ciocią zbierają maliny…

Kuba oglądał zdjęcia bez większego entuzjazmu, ale przy jednym zatrzymał się dłużej.

– To ja? – zapytał zdziwiony.

Na fotografii miał może pięć lat i trzymał w rękach ogromną marchewkę.

– Tak, sam ją wyrwałeś z ziemi! Byłeś taki dumny…

Uśmiechnął się lekko.

– Nie pamiętam tego…

– Może spróbujemy jeszcze raz? – zaproponowałam cicho.

Tym razem nie odmówił od razu. Poszliśmy razem do ogrodu. Pokazałam mu jak rozpoznawać dojrzałe pomidory i jak delikatnie wyciągać marchewki z ziemi. Przez chwilę nawet żartował ze mną i opowiadał o swoich kolegach z miasta.

Wieczorem usiedliśmy razem na ławce przed domem.

– Babciu… Wiesz co? Może to nie jest takie złe… Ten ogród…

Poczułam ciepło w sercu. Może nie wszystko stracone?

Ale następnego dnia wszystko wróciło do normy. Kuba znów zamknął się w swoim świecie. Ja znów zostałam sama z grządkami i wspomnieniami.

Czasem myślę: czy to ja jestem za bardzo przywiązana do przeszłości? Czy może młodzi naprawdę nie potrafią już docenić prostych rzeczy? A może powinnam po prostu pozwolić mu być sobą i przestać oczekiwać?

Czy to ja powinnam się zmienić… czy świat wokół mnie zmienił się za bardzo?