Kiedy rodzina wprowadza się na stałe: granice, zaufanie i rozczarowanie – Moja historia o tym, jak straciłam dom, spokój i siebie
– Znowu nie zapłaciłaś za prąd? – mój głos drżał, gdy patrzyłam na Olgę, moją kuzynkę, która od kilku miesięcy mieszkała ze mną w moim dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Stała przy kuchennym blacie, z kubkiem kawy w ręku, jakby nic się nie stało.
– Przecież mówiłam ci, że mam teraz trudny okres – odpowiedziała spokojnie, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu. – Poza tym to tylko kilka dni opóźnienia.
Poczułam, jak narasta we mnie złość. To nie był pierwszy raz. Kiedy zgodziłam się, żeby Olga zamieszkała ze mną po rozstaniu z narzeczonym, byłam przekonana, że to chwilowe. Że pomożemy sobie nawzajem – ona mi w codziennych obowiązkach, ja jej w trudnym momencie życia. Ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Na początku było nawet miło. Wieczory spędzałyśmy razem na oglądaniu seriali, gotowałyśmy wspólne obiady. Olga obiecała, że będzie płacić połowę rachunków i dorzucać się do zakupów. Przez pierwsze dwa tygodnie rzeczywiście tak było. Potem zaczęły się wymówki: „Nie mam teraz wypłaty”, „Musiałam oddać dług koleżance”, „Za tydzień ci oddam”.
Z czasem zaczęłam zauważać inne rzeczy. Moje kosmetyki znikały z łazienki. Ulubiony krem do twarzy był prawie pusty, choć używałam go oszczędnie. W lodówce coraz częściej brakowało jedzenia, które kupiłam na cały tydzień. Gdy zwracałam jej uwagę, śmiała się: – Przecież jesteśmy rodziną! Nie będziesz mi żałować jogurtu?
Ale najbardziej bolało mnie to, jak Olga zaczęła traktować mój dom jak swój własny. Zapraszała znajomych bez pytania. Pewnego piątkowego wieczoru wróciłam z pracy i zastałam w salonie grupę obcych ludzi, którzy głośno śmiali się i pili wino. Moje wino.
– Ola, mogłaś chociaż zapytać – powiedziałam cicho, próbując nie wybuchnąć przy jej gościach.
– Oj, nie przesadzaj! Trochę życia ci nie zaszkodzi – rzuciła z uśmiechem.
Czułam się coraz bardziej obca we własnym mieszkaniu. Zaczęłam zamykać się w swoim pokoju na klucz. Praca przestała być dla mnie ucieczką – wracałam do domu z ciężkim sercem, zastanawiając się, co tym razem zastanę.
Najgorsze przyszło po dwóch miesiącach. Dostałam wezwanie do zapłaty za czynsz – zaległość na ponad tysiąc złotych. Olga miała przelewać mi swoją część co miesiąc. Nigdy tego nie zrobiła.
– Olga, musimy porozmawiać – powiedziałam pewnego wieczoru stanowczo.
– O co znowu chodzi? – westchnęła teatralnie.
– Nie płacisz rachunków. Nie szanujesz moich rzeczy. Zapraszasz ludzi bez pytania. To mój dom i czuję się tu coraz gorzej.
Spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Myślałam, że jesteśmy rodziną! Pomogłam ci tyle razy w życiu! Teraz ty nie możesz mi pomóc?
Zatkało mnie. Próbowałam sobie przypomnieć te momenty pomocy. Może faktycznie kiedyś pożyczyła mi książkę albo podwiozła samochodem do lekarza. Ale czy to uprawnia ją do tego wszystkiego?
Przez kolejne dni atmosfera była lodowata. Olga przestała się do mnie odzywać, zamykała się w swoim pokoju i wychodziła bez słowa. Ja chodziłam po mieszkaniu jak cień, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
Pewnego wieczoru zadzwoniła moja mama.
– Marto, co się dzieje? Olga mówiła mi, że ją źle traktujesz…
Poczułam gulę w gardle.
– Mamo, ona… ona mnie wykorzystuje! Nie płaci za nic, nie szanuje moich granic!
– Ale przecież to rodzina… Może przesadzasz? Może powinnaś być bardziej wyrozumiała?
Zrozumiałam wtedy, że nikt mnie nie zrozumie. Że rodzina zawsze stanie po stronie tej „słabszej”, tej „potrzebującej”. A ja? Ja byłam tą silną. Tą, która ma mieszkanie i pracę.
W końcu zebrałam się na odwagę.
– Olga, musisz się wyprowadzić – powiedziałam pewnego ranka stanowczo.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Naprawdę mnie wyrzucasz? Po tym wszystkim?
– Tak. Potrzebuję swojego życia i swojego spokoju.
Spakowała się w ciągu dwóch dni. Wysłała mi kilka oschłych wiadomości o tym, jak bardzo ją zawiodłam. Mama przez tydzień nie odbierała ode mnie telefonów.
Kiedy zostałam sama w mieszkaniu, poczułam ulgę… i pustkę. Przez długi czas zastanawiałam się, czy zrobiłam dobrze. Czy można być dobrym człowiekiem i jednocześnie dbać o własne granice? Czy rodzina naprawdę powinna być ponad wszystkim?
Czasem patrzę na puste miejsce po jej kubku w kuchni i pytam siebie: czy bycie asertywnym wobec bliskich to egoizm? A może to jedyny sposób, by ocalić siebie?