Trzydzieści lat temu opiekowałam się piątką dzieci. Dziś nikt nie chce nam pomóc – historia matki, która została sama

— Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, jestem w pracy! — głos Agnieszki był ostry, niemal niecierpliwy. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w słuchawce zapadła cisza. Odłożyłam telefon na stół i przez chwilę patrzyłam na swoje drżące dłonie. W kuchni pachniało zupą ogórkową, którą gotowałam dla Staszka, mojego męża. On od miesięcy prawie nie wychodzi z łóżka — serce, nogi, wiek. Ja sama też już nie mam tej siły co kiedyś.

Trzydzieści lat temu nasz dom tętnił życiem. Piątka dzieci — Agnieszka, Tomek, Basia, Michał i najmłodsza Kasia — biegała po podwórku, śmiała się, kłóciła o zabawki i miejsce przy stole. Byliśmy biedni, ale szczęśliwi. Staszek pracował w hucie, ja dorabiałam szyciem i sprzątaniem u sąsiadów. Każda złotówka była na wagę złota, ale nigdy nie brakowało miłości.

Pamiętam, jak wieczorami siadałam na łóżku i patrzyłam na śpiące dzieci. Przysięgałam sobie wtedy, że zrobię wszystko, by miały lepsze życie niż ja. Że będą mogły studiować, podróżować, spełniać marzenia. I rzeczywiście — każde z nich poszło swoją drogą. Agnieszka została prawniczką w Warszawie, Tomek prowadzi własną firmę budowlaną w Krakowie, Basia wyjechała do Gdańska i pracuje w szpitalu jako pielęgniarka. Michał jest informatykiem we Wrocławiu, a Kasia — nasza najmłodsza — mieszka w Poznaniu i uczy angielskiego dzieciaki.

Przez lata byłam dumna z ich sukcesów. Ale im bardziej się oddalali — najpierw do szkół średnich, potem na studia — tym rzadziej wracali do domu. Najpierw były telefony co tydzień, potem raz na miesiąc. Teraz… czasem nie dzwonią przez kilka tygodni.

Ostatnie miesiące są najtrudniejsze. Staszek coraz częściej choruje. Ja też mam problemy ze zdrowiem — kręgosłup boli od dźwigania go z łóżka do łazienki. Lekarz mówił o opiece domowej, ale na to nas nie stać. Emerytury ledwo starczają na leki i rachunki.

Kilka razy próbowałam prosić dzieci o pomoc. Najpierw delikatnie — „Może przyjechałbyś na weekend? Tata bardzo za tobą tęskni”. Potem coraz bardziej rozpaczliwie: „Nie daję już rady sama…”. Zawsze słyszałam wymówki: „Mamo, mam tyle pracy”, „Dzieci chore”, „Nie mogę teraz przyjechać”, „Może za miesiąc”.

Pamiętam szczególnie jedną rozmowę z Tomkiem:
— Synku, czy mógłbyś przyjechać? Tata miał znowu atak serca…
— Mamo, przecież wiecie, że mam firmę! Nie mogę tak po prostu zostawić wszystkiego! Może Agnieszka przyjedzie?

Agnieszka? Ona nawet nie odbiera już moich telefonów.

Czasem myślę: gdzie popełniłam błąd? Czy za bardzo ich rozpieszczałam? Czy za bardzo chciałam im ułatwić życie? Może powinnam była wymagać więcej wdzięczności? A może to po prostu taki świat — każdy myśli tylko o sobie?

Staszek milczy przez większość dnia. Czasem patrzy na mnie smutnym wzrokiem i mówi:
— Wychowaliśmy piątkę dzieci… a teraz jesteśmy sami jak palce.

W święta próbuję zebrać wszystkich przy stole. Zawsze ktoś nie może przyjechać: „Za daleko”, „Za drogo”, „Za dużo pracy”. W zeszłym roku siedzieliśmy tylko we dwoje przy pustym stole. Popłakałam się wtedy pierwszy raz od lat.

Sąsiedzi czasem pomagają — pani Zosia przynosi zakupy, pan Marek naprawił nam kran w łazience. Ale to nie to samo co własne dzieci.

Najbardziej boli mnie obojętność Kasi. Była moją najmłodszą córeczką, zawsze tuliła się do mnie wieczorami i mówiła: „Mamusiu, nigdy cię nie zostawię”. Teraz widuję ją raz do roku.

Ostatnio zadzwoniła Basia:
— Mamo, wiem że jest wam ciężko… Ale ja naprawdę nie mogę was zabrać do siebie. Mam dwójkę dzieci i mąż ledwo wiąże koniec z końcem.
— Nie chcę być ciężarem… — odpowiedziałam cicho.
— Nie jesteście ciężarem! Po prostu… życie jest trudne.

Życie jest trudne. Tak często to słyszę.

Czasem wyobrażam sobie inne życie — takie, w którym dzieci wracają do domu na niedzielny obiad, pomagają w ogrodzie, śmieją się razem z nami. Takie życie widzę u sąsiadów — ich córka mieszka piętro wyżej i codziennie przynosi im świeże bułki.

Ale moje dzieci wybrały inaczej.

Piszę to wszystko nie po to, żeby się żalić. Chcę tylko zrozumieć: czy naprawdę tak musi być? Czy rodzina to już tylko wspomnienie z przeszłości? Czy wychowując dzieci na samodzielnych ludzi musiałam zapłacić cenę samotności?

Czasem patrzę na zdjęcia sprzed lat — uśmiechnięte twarze moich dzieci, Staszek jeszcze młody i silny, ja z głową pełną marzeń. I pytam siebie: czy gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym coś inaczej?

A może to po prostu los każdej matki?

Czy naprawdę musimy być sami na starość? Czy ktoś jeszcze pamięta o tych wszystkich nocach bez snu i dniach pełnych troski? Co wy byście zrobili na moim miejscu?