Świeżo ugotowane serce: Opowieść o poświęceniu, miłości i granicach – historia Zofii z Krakowa
— Znowu zimne! — głos Marka odbija się echem w ciasnej kuchni, choć zegar pokazuje dopiero 6:10 rano. Stoję przy kuchence, z łyżką w dłoni, a para z garnka szczypie mnie w oczy. Wiem, że nie chodzi o temperaturę. Chodzi o to, że nie jestem wystarczająco szybka, wystarczająco dokładna, wystarczająco… świeża.
Od dziesięciu lat gotuję dla Marka codziennie od nowa. On nie zje niczego, co nie jest przygotowane tego samego dnia. Zupa musi być świeża, ziemniaki obrane tuż przed gotowaniem, mięso wyjęte z lodówki na godzinę przed smażeniem. Nawet chleb piekę sama, bo „ten ze sklepu pachnie chemią”.
Kiedyś myślałam, że to miłość. Że tak wygląda troska – dbanie o każdy szczegół, spełnianie zachcianek ukochanej osoby. Ale dziś, stojąc w tej kuchni, czuję się jak cień samej siebie. Moje dłonie są szorstkie od ciągłego mycia naczyń, paznokcie krótkie i połamane. Włosy związuję w niedbały kok, bo nie mam czasu na fryzjera. Nawet kawę piję na stojąco, zerkając na zegar.
— Zosiu, czy możesz w końcu zrobić te pierogi tak jak moja mama? — Marek siada przy stole i patrzy na mnie z wyrzutem. — Ona zawsze dodawała więcej cebuli.
Zaciskam zęby. Wiem, że nie chodzi o cebulę. Chodzi o to, że nigdy nie będę jego matką. Że nigdy nie będę wystarczająca.
Pamiętam nasze początki. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie. Marek był wtedy duszą towarzystwa – pewny siebie, dowcipny, zawsze otoczony ludźmi. Ja byłam cicha i nieśmiała, zakochana po uszy w jego energii. On lubił moje ciasta i obiecywał, że kiedyś będziemy mieli dom pełen zapachów.
Pierwsze lata były piękne. Gotowaliśmy razem – on kroił warzywa, ja mieszałam sosy. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy do późna przy winie. Ale potem Marek zaczął narzekać. Najpierw na przypaloną zupę, potem na za twarde mięso. Z czasem przestał pomagać w kuchni – tylko siadał przy stole i czekał.
Kiedy urodziła się nasza córka Hania, myślałam, że coś się zmieni. Że Marek zobaczy moje zmęczenie i zacznie mnie wspierać. Ale on tylko domagał się jeszcze więcej – świeżych obiadów, domowych ciast, idealnie wyprasowanych koszul.
— Mamo, dlaczego tata nigdy nie gotuje? — zapytała kiedyś Hania, patrząc na mnie wielkimi oczami.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo jak wytłumaczyć dziecku, że miłość czasem zamienia się w obowiązek? Że granica między troską a poświęceniem bywa cienka jak skórka na mleku?
Moja mama mówiła mi kiedyś: „Zosiu, nie pozwól nikomu wejść sobie na głowę”. Ale ja pozwoliłam. Dla świętego spokoju. Dla rodziny. Dla miłości?
Czasem wyobrażam sobie inne życie. Takie, w którym budzę się późno i piję kawę na balkonie. W którym Marek sam robi sobie śniadanie albo zamawia pizzę na obiad. W którym mam czas na książkę albo spacer z Hanią po Plantach.
Ale potem wracam do rzeczywistości – do garnków, patelni i wiecznego pośpiechu.
Najgorsze są święta. Wtedy Marek zaprasza całą rodzinę i oczekuje stołu uginającego się od potraw. Siedzę wtedy w kuchni do drugiej w nocy, lepiąc uszka i piekąc serniki. A potem słyszę: „Moja mama robiła lepszy barszcz”.
Czasem próbuję rozmawiać z Markiem.
— Marek, jestem zmęczona — mówię cicho pewnego wieczoru.
— Każdy jest zmęczony — odpowiada bez emocji i wraca do telefonu.
Czuję się niewidzialna. Jakby moje potrzeby nie miały znaczenia.
Ostatnio coraz częściej płaczę po cichu w łazience. Hania zauważyła moje czerwone oczy.
— Mamusiu, boli cię coś?
— Nie kochanie, to tylko zmęczenie.
Ale wiem, że to coś więcej niż zmęczenie.
Pewnego dnia Hania przynosi mi rysunek: „Mama i Hania na spacerze”. Patrzę na ten obrazek i dociera do mnie, jak bardzo brakuje mi siebie samej. Jak bardzo brakuje mi radości z życia.
Wieczorem siadam przy stole naprzeciwko Marka.
— Musimy porozmawiać — mówię stanowczo.
On podnosi wzrok znad telefonu.
— O czym?
— O nas. O tym wszystkim… Ja już nie daję rady.
Marek wzrusza ramionami.
— Przesadzasz. Inne kobiety jakoś sobie radzą.
Wtedy coś we mnie pęka.
— Może inne kobiety mają partnerów, a nie tylko wymagających mężów! — krzyczę przez łzy.
Hania chowa się za drzwiami pokoju.
Cisza rozlewa się po mieszkaniu jak rozlany barszcz na białym obrusie.
Następnego dnia nie gotuję obiadu. Po raz pierwszy od dziesięciu lat.
Marek wraca z pracy i patrzy na pusty stół.
— Gdzie obiad?
— Nie ma — odpowiadam spokojnie.
Patrzy na mnie zdziwiony, jakby zobaczył mnie pierwszy raz w życiu.
Wieczorem idę z Hanią na spacer po Plantach. Oddycham głęboko chłodnym powietrzem i czuję coś dziwnego – ulgę? Nadzieję?
Czy naprawdę muszę codziennie gotować świeże obiady, żeby zasłużyć na miłość? Czy jestem mniej wartościowa tylko dlatego, że czasem chcę pomyśleć o sobie?
Może najwyższy czas postawić granice – nawet jeśli oznacza to rozlanie starego barszczu i zaczęcie wszystkiego od nowa.