„Nie będę sadzić za dużo. Wiem, że mnie nie zostawisz. Sumienie ci nie pozwoli być leniwym” – Historia o ogrodzie, który podzielił rodzinę

– Znowu to samo, Anka? – głos Marka odbił się echem od ściany kuchni, kiedy zobaczył mnie z workiem ziemniaków i paczką nasion w ręku. Stałam w progu, z błotem na butach, zmarzniętymi dłońmi i sercem pełnym niepokoju. – Po co ci to wszystko? Przecież możemy po prostu posiać trawę, postawić leżaki i mieć święty spokój.

Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że znów zacznie się ta sama rozmowa, która od miesięcy wisiała nad nami jak ciężka, burzowa chmura. – Marek, ogród to nie tylko warzywa. To… – zaczęłam, ale przerwał mi ruchem ręki.

– To tylko twoje hobby. Ja nie mam czasu na kopanie w ziemi. Pracuję całymi dniami, a potem jeszcze mam się babrać w błocie? – jego głos był zmęczony, ale i zrezygnowany. – Po co się tak męczyć, Anka? Po co?

Patrzyłam na niego i czułam, jak narasta we mnie żal. Przecież kiedyś sam sadził ze mną pomidory, śmiał się, gdy marchewki rosły krzywo, a potem z dumą przynosił do domu pierwsze ogórki. Co się zmieniło? Czy to ja się zmieniłam, czy on?

– Nie będę sadzić za dużo – powiedziałam cicho, niemal szeptem. – Wiem, że mnie nie zostawisz. Sumienie ci nie pozwoli być leniwym.

Marek spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Myślisz, że zostaję tu tylko z poczucia obowiązku? Że nie mam prawa do odpoczynku?

– Nie o to chodzi – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Chodzi o to, że razem coś tworzymy. Że ogród to nasze miejsce, nasza praca, nasza codzienność. Bez tego… – urwałam, bo nie chciałam powiedzieć na głos, że boję się pustki, która mogłaby się między nami pojawić.

Marek westchnął ciężko i wyszedł na taras. Patrzyłam za nim przez okno, widząc, jak zaciąga papierosa i patrzy w dal, na puste jeszcze grządki. W tym momencie przypomniałam sobie, jak kilka lat temu, tuż po przeprowadzce, razem z dziećmi sadziliśmy pierwsze truskawki. Było wtedy tyle śmiechu, tyle nadziei. Teraz dzieci dorosły, wyjechały do miasta, a my zostaliśmy sami – ja z moim ogrodem, on z coraz większym zmęczeniem i niechęcią do wszystkiego, co wymaga wysiłku.

Wieczorem, kiedy usiedliśmy do kolacji, próbowałam jeszcze raz. – Marek, pamiętasz, jak Zosia znalazła pierwszego ślimaka w sałacie? Jak śmialiśmy się, że to nasz pierwszy lokator?

– Pamiętam – odpowiedział bez entuzjazmu. – Ale to było dawno. Teraz wszystko jest inne.

– Może właśnie dlatego powinniśmy coś robić razem? Żeby nie było jeszcze bardziej obco.

Spojrzał na mnie długo, jakby próbował znaleźć odpowiedź, której sam nie znał. – Może masz rację. Ale ja naprawdę nie mam już siły. Praca mnie wykańcza. Chcę po prostu odpocząć.

Zamilkliśmy. W powietrzu zawisła cisza, która bolała bardziej niż najgorsza kłótnia. W nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Czy to naprawdę tylko przez ogród? Czy może przez coś więcej?

Następnego dnia wyszłam na podwórko sama. Zaczęłam przekopywać ziemię, choć ręce bolały mnie od wysiłku. Każdy ruch łopaty był jak walka – nie tylko z twardą ziemią, ale i z własnym poczuciem osamotnienia. W pewnym momencie usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się – to był Marek. Stał przez chwilę w milczeniu, po czym bez słowa wziął drugą łopatę i zaczął kopać obok mnie.

Nie rozmawialiśmy. Pracowaliśmy w ciszy, ale ta cisza była inna – pełna napięcia, ale i jakiejś cichej zgody. Po godzinie Marek odłożył łopatę i spojrzał na mnie. – Wiesz, Anka… Może nie rozumiem, dlaczego to dla ciebie takie ważne. Ale skoro ci na tym zależy, to spróbuję. Tylko… nie każ mi sadzić tych wszystkich warzyw. Może chociaż trochę truskawek?

Uśmiechnęłam się przez łzy. – Truskawki wystarczą. Na początek.

Wieczorem, kiedy siedzieliśmy na tarasie, Marek powiedział cicho: – Może masz rację, że sumienie mi nie pozwala być leniwym. Ale czasem chciałbym, żebyś po prostu usiadła ze mną i nic nie robiła.

Patrzyłam na niego długo. – Może powinniśmy nauczyć się odpoczywać razem. I pracować razem. Bo jeśli przestaniemy robić cokolwiek razem, to co nam zostanie?

Marek nie odpowiedział, ale ścisnął moją dłoń. W tej chwili poczułam, że może jeszcze nie wszystko stracone. Może ogród nie jest tylko polem bitwy, ale też miejscem, gdzie możemy się odnaleźć na nowo.

Czasem zastanawiam się, czy naprawdę warto walczyć o takie drobiazgi jak grządki, marchewki czy truskawki. Ale potem patrzę na Marka, na nasze wspólne chwile – i wiem, że to nie o ogród chodzi. To o nas. Czy wy też czasem czujecie, że drobne codzienne sprawy mogą uratować lub zniszczyć coś ważnego? Czy warto walczyć o wspólne rytuały, nawet jeśli druga osoba nie rozumie ich sensu?