Każdego dnia gotuję dla Piotra: Kiedy to się skończy?

— Znowu to samo? — Piotr patrzył na mnie z lekkim niezadowoleniem, gdy postawiłam przed nim talerz z zupą pomidorową. — Przecież wczoraj też była pomidorowa.

Zacisnęłam dłonie na fartuchu, czując, jak narasta we mnie frustracja. — Ale dzisiaj jest świeża. Wczorajszą wyrzuciłam, bo nie chciałeś jeść odgrzewanego.

Piotr westchnął ciężko, jakby to on był ofiarą tej sytuacji. — Zuzanna, przecież wiesz, że nie lubię odgrzewanych rzeczy. To nie jest takie trudne, ugotować coś nowego.

Nie odpowiedziałam. W mojej głowie kłębiły się myśli, których nigdy nie wypowiedziałam na głos. Czy naprawdę nie jest trudne? Każdego dnia od nowa wymyślać, gotować, sprzątać, a potem patrzeć, jak resztki lądują w koszu? Ile razy jeszcze usłyszę to samo niezadowolenie?

Kiedyś myślałam, że tak wygląda miłość. Że dbanie o męża to mój obowiązek i przywilej. Mama powtarzała: „Mężczyzna musi mieć ciepły obiad na stole”. Ale mama miała inne życie. Tata jadł wszystko, co mu podała, nawet jeśli było odgrzewane. Piotr jest inny. Piotr ma swoje zasady.

W kuchni pachniało koperkiem i świeżym chlebem. Zegar tykał monotonnie, a ja czułam się jak więzień własnego domu. Każdy dzień wyglądał tak samo: pobudka o szóstej, szybkie śniadanie dla Piotra, potem zakupy, gotowanie obiadu, sprzątanie kuchni, pranie, prasowanie. Wieczorem kolacja — oczywiście świeża.

Czasem próbowałam rozmawiać z Piotrem o tym, jak się czuję. — Może moglibyśmy czasem zjeść coś prostszego? Albo odgrzać wczorajszy obiad?

Piotr tylko wzruszał ramionami. — Przecież nie pracujesz zawodowo. Masz czas. Poza tym lubisz gotować.

Czy naprawdę lubię? Może kiedyś tak było. Lubiłam eksperymentować w kuchni, piec ciasta na niedzielę, zapraszać znajomych na kolacje. Ale teraz gotowanie stało się obowiązkiem, rutyną bez końca.

Najgorsze są weekendy. Wtedy Piotr oczekuje czegoś wyjątkowego: schabowego z ziemniakami i mizerią, rosołu z domowym makaronem, sernika według przepisu jego mamy. Czasem mam wrażenie, że rywalizuję z jego wspomnieniami z dzieciństwa — i zawsze przegrywam.

Moja córka Marta przyjeżdża raz na dwa tygodnie z wnuczką. Ona rozumie więcej niż Piotr. — Mamo, dlaczego pozwalasz mu tak sobą rządzić? — pyta szeptem w kuchni, kiedy Piotr ogląda telewizję.

— To nie takie proste — odpowiadam cicho. — On taki już jest.

— Ale ty też jesteś! — Marta patrzy na mnie z wyrzutem. — Masz prawo do odpoczynku, do własnego życia.

Czasem myślę o tym długo po jej wyjeździe. Czy naprawdę mam prawo? Przecież dom jest zadbany, Piotr ma wszystko, czego potrzebuje. Tylko ja czuję się coraz bardziej niewidzialna.

Pamiętam dzień, kiedy wszystko zaczęło się zmieniać. Był listopad, padał deszcz ze śniegiem. Zabrakło mi sił — dosłownie i w przenośni. Zamiast gotować nowy obiad, podgrzałam wczorajszą zupę i postawiłam ją przed Piotrem bez słowa.

— Co to jest? — zapytał z niedowierzaniem.

— Zupa — odpowiedziałam spokojnie.

— Ale przecież mówiłem…

— Wiem, co mówiłeś — przerwałam mu po raz pierwszy od lat. — Ale dzisiaj nie mam siły gotować od nowa.

Piotr patrzył na mnie długo i milczał. Potem wstał od stołu i wyszedł z kuchni bez słowa. Przez cały wieczór unikał mnie wzrokiem.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i słuchałam tykania zegara. Czy to już koniec? Czy jeden talerz odgrzewanej zupy może zniszczyć nasze małżeństwo?

Następnego dnia Piotr zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Ale ja czułam się inna. Coś we mnie pękło — cienka nić cierpliwości zerwała się bezpowrotnie.

Od tamtej pory coraz częściej pozwalałam sobie na drobne „buntownicze” gesty: czasem podgrzewałam ziemniaki z poprzedniego dnia albo robiłam prostą sałatkę zamiast dwudaniowego obiadu. Piotr narzekał coraz mniej — może przyzwyczaił się do nowej sytuacji, a może po prostu przestało mu zależeć.

Zaczęłam wychodzić na spacery do parku, spotykać się z sąsiadką na kawie, czytać książki wieczorami zamiast prasować koszule do perfekcji. Odkrywałam siebie na nowo — powoli i ostrożnie.

Ale wciąż dręczy mnie pytanie: czy to wystarczy? Czy kilka drobnych zmian może przywrócić mi radość życia? Czy mogę być szczęśliwa obok człowieka, który nigdy nie zapytał mnie: „A czego ty chcesz?”

Czasem patrzę na Piotra i zastanawiam się, czy on widzi we mnie coś więcej niż tylko kucharkę i gospodynię domową. Czy kiedykolwiek doceni to, co dla niego robię? A może powinnam przestać czekać na wdzięczność i zacząć żyć dla siebie?

Może każda kobieta musi kiedyś zadać sobie pytanie: kiedy będzie dość? I czy mamy odwagę powiedzieć „stop”, zanim będzie za późno?