„Nie chciałam wiedzieć, ale już nie mogę zapomnieć: jak jeden SMS od męża rozbił naszą rodzinę”
Telefon zadzwonił o 6:17 rano. Byłam już na nogach, bo nasza córka, Zosia, od kilku dni budziła się z płaczem przed świtem. Próbowałam ją ukołysać, a w tle słyszałam znajome powiadomienie z telefonu Michała. Zawsze zostawia go na szafce nocnej, a ja – jak zwykle – miałam ochotę tylko wyciszyć dźwięk, żeby nie obudzić jej całkiem. Ale tym razem ekran rozświetlił się na dłużej. Przez sekundę zobaczyłam fragment wiadomości: „Nie przejmuj się, ona i tak nigdy nie będzie jedną z nas”.
Zamarłam. To był SMS od jego matki, Barbary. „Jedną z nas”? O co chodzi? Przecież od pięciu lat jestem żoną Michała, od dwóch matką jego dziecka. Zawsze starałam się być dobrą synową, choć Barbara nigdy nie ukrywała, że jej zdaniem Michał zasłużył na kogoś „lepszego”. Ale żeby aż tak?
Nie powinnam była tego robić, wiem. Ale kiedy Zosia zasnęła ponownie, a Michał brał prysznic, wzięłam jego telefon do ręki. Chciałam tylko wyciszyć dźwięk. Ale palce same kliknęły w powiadomienie. Otworzyłam czat rodzinny: Barbara, ojciec Michała – Janusz, jego siostra – Aneta i on sam. Ja? Ja byłam tylko tematem rozmowy.
Przewijałam wiadomości z ostatnich tygodni. „Ola znowu nie posprzątała kuchni po obiedzie”, pisała Aneta. „Zosia taka rozkapryszona, bo matka ją rozpieszcza”, dorzucała Barbara. Najgorsze jednak były odpowiedzi Michała – śmiejące się emotikony pod każdą złośliwością, czasem krótkie: „No co ja poradzę…” albo „Tak już ma”.
Poczułam się jak intruz we własnym domu. Przecież to ja gotuję obiady, ogarniam mieszkanie po pracy, siedzę z Zosią podczas jej chorób i znoszę wieczne pretensje Barbary o to, że „nie umiem zrobić rosołu jak ona”. Michał zawsze mówił mi: „Nie przejmuj się, mama taka jest”. Ale nigdy nie powiedział tego swojej matce.
Kiedy wyszedł spod prysznica, stałam już w kuchni z telefonem w dłoni. Ręce mi się trzęsły.
– Michał – zaczęłam cicho – czy ty naprawdę uważasz, że jestem taka beznadziejna?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– O czym ty mówisz?
– Czytałam wasze wiadomości. Wiem, co piszecie o mnie w tej waszej rodzinnej grupie.
Zbladł. Przez chwilę milczał, potem wybuchł:
– Przeglądasz mi telefon?! To jest moja prywatność! Jak możesz!
– Prywatność? – głos mi się załamał. – A moja godność? Twoja rodzina mnie obraża, a ty siedzisz cicho albo się śmiejesz!
– Ola, nie przesadzaj! To tylko żarty! Wiesz jaka jest mama…
– Żarty?! – krzyknęłam. – To są żarty, kiedy twoja matka pisze, że jestem leniwa i nie nadaję się na żonę? Kiedy twoja siostra wyśmiewa moje ubrania? Kiedy twój ojciec pyta, czy Zosia na pewno jest twoja?
Michał spuścił wzrok.
– Nie chciałem cię zranić…
– Ale mnie zraniłeś! I to nie raz! – łzy napływały mi do oczu. – Nigdy nie stanąłeś po mojej stronie. Zawsze wybierasz ich.
Wybiegłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Siedziałam na podłodze i płakałam tak cicho, żeby Zosia nie usłyszała. W głowie miałam setki wspomnień: święta u Barbary, kiedy musiałam udawać wdzięczność za „porady” dotyczące wychowania dziecka; rodzinne obiady, podczas których Aneta opowiadała o swoich sukcesach zawodowych, a ja byłam tylko tłem; wieczory, kiedy Michał wracał zmęczony i nie miał siły nawet zapytać mnie, jak minął mi dzień.
Wieczorem próbowałam jeszcze raz porozmawiać z Michałem.
– Czy ty naprawdę myślisz o mnie tak źle? – spytałam cicho.
Westchnął ciężko.
– Ola… Nie wiem… Po prostu czasem łatwiej się nie odzywać niż wdawać w kłótnie z mamą.
– Ale to ja jestem twoją żoną! To ja powinnam być dla ciebie najważniejsza!
Wzruszył ramionami.
– Nie komplikuj…
Tej nocy spałam w pokoju Zosi. Michał został sam w sypialni. Przez kolejne dni rozmawialiśmy tylko o sprawach praktycznych: kto odbierze Zosię z przedszkola, kto zrobi zakupy. Czułam się jak współlokatorka, nie żona.
W weekend przyszła Barbara z Anetą. Bez zapowiedzi. Weszły do mieszkania jak do siebie.
– Ooo, Ola! – zaczęła Barbara z udawanym uśmiechem. – Jak tam rosołek? Może tym razem wyszedł?
Aneta rozejrzała się krytycznie po salonie.
– Trochę tu bałagan…
Zacisnęłam pięści.
– Może spróbujecie same coś ugotować albo posprzątać? – rzuciłam przez zaciśnięte zęby.
Barbara spojrzała na mnie jak na wariatkę.
– Co ty sobie wyobrażasz? My tu tylko chcemy pomóc!
Michał stał obok i milczał. Nawet nie spojrzał mi w oczy.
Po ich wyjściu wybuchłam:
– Widzisz?! Pozwalasz im mnie obrażać we własnym domu!
– Ola… Po co się tak nakręcasz? Przecież nic złego nie powiedziały…
– Bo ty nigdy nic nie słyszysz! Nigdy nie masz odwagi stanąć po mojej stronie!
Wtedy padło słowo „rozwód”. Nie wiem nawet, kto je wypowiedział pierwszy. Może ja w gniewie? Może on w bezsilności? Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie.
Zosia zaczęła pytać:
– Mamusiu, czemu tata śpi na kanapie?
Nie umiałam jej odpowiedzieć.
Moja mama próbowała mnie pocieszać przez telefon:
– Oluś, może spróbuj jeszcze raz porozmawiać z Michałem? Może on naprawdę nie rozumie?
Ale ile razy można tłumaczyć dorosłemu mężczyźnie rzeczy oczywiste?
W pracy ledwo dawałam sobie radę. Szefowa zauważyła moje rozkojarzenie:
– Ola, wszystko w porządku?
Uśmiechnęłam się blado:
– Tak… po prostu trochę ciężki czas w domu.
Wieczorami patrzyłam na śpiącą Zosię i zastanawiałam się, czy lepiej dla niej byłoby wychowywać się w domu pełnym milczenia i wzajemnych pretensji czy może lepiej zacząć wszystko od nowa – bez Barbary i jej „dobrych rad”, bez Anety i jej kpin… Może nawet bez Michała?
Czasem myślę o tym pierwszym roku naszego małżeństwa: byliśmy szczęśliwi mimo braku pieniędzy i ciasnego mieszkania na wynajmie na warszawskiej Pradze. Wtedy wystarczało nam wszystko: kawa pita nad ranem przy oknie, spacery po parku Skaryszewskim z Zosią w wózku…
Co się stało z tymi ludźmi?
Dziś siedzę przy kuchennym stole i piszę te słowa ze łzami w oczach. Nie wiem jeszcze, czy będziemy razem za miesiąc czy za rok. Wiem tylko jedno: zdrada to nie zawsze inna kobieta czy mężczyzna. Czasem to brak wsparcia wtedy, gdy najbardziej go potrzebujemy.
Czy można jeszcze odbudować coś tak kruchego jak zaufanie? Czy wy też kiedyś czuliście się obcy we własnej rodzinie?