Zdrada, która zniszczyła wszystko: Jak jedno kłamstwo kosztowało mnie rodzinę i marzenia o ojcostwie
– Michał, powiedz mi prawdę. Czy ty masz kogoś? – głos Agnieszki drżał, a jej oczy były czerwone od płaczu. Stała w progu naszej sypialni, ściskając w dłoniach moją koszulę, którą znalazła w samochodzie. Pachniała damskimi perfumami.
Nie odpowiedziałem od razu. W głowie miałem mętlik. Przez chwilę chciałem zaprzeczyć, jak zawsze. Ale tym razem nie potrafiłem. – Aga… – zacząłem cicho, spuszczając wzrok. – To nie tak…
– To nie tak?! – przerwała mi, a jej głos przeszedł w krzyk. – Od miesięcy jesteś nieobecny, wracasz późno, unikasz mnie! Myślisz, że nie widzę?!
Wtedy pękłem. Usiadłem na łóżku i ukryłem twarz w dłoniach. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko jej szlochem. W końcu wyszła, trzaskając drzwiami. Zostałem sam z poczuciem winy i strachem.
Nie zawsze tak było. Kiedyś byliśmy z Agnieszką nierozłączni. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie – ona studiowała polonistykę, ja informatykę. Byliśmy parą, której wszyscy zazdrościli: spontaniczne wyjazdy w góry, długie rozmowy do rana, wspólne plany na przyszłość. Po ślubie zamieszkaliśmy w małym mieszkaniu na Ruczaju i zaczęliśmy starać się o dziecko.
Ale miesiące mijały, a testy ciążowe wciąż były negatywne. Najpierw była nadzieja, potem rozczarowanie, a w końcu rutyna i milczenie. Każda kolejna wizyta u lekarza kończyła się łzami Agnieszki i moim poczuciem bezradności. Z czasem zaczęliśmy się od siebie oddalać.
Wtedy pojawiła się Marta.
Poznałem ją na spotkaniu ze znajomymi z pracy. Była zupełnie inna niż Agnieszka – przebojowa, pewna siebie, z ciętym językiem i błyskiem w oku. Zaczęliśmy pisać do siebie na Messengerze, potem spotykać się na kawie. Z nią czułem się znów młody, pożądany, ważny. Wkrótce nasza relacja przerodziła się w romans.
W domu byłem coraz bardziej nieobecny. Agnieszka próbowała ratować nasze małżeństwo – proponowała terapię, wyjazd tylko we dwoje, ale ja byłem już myślami gdzie indziej. Każdego dnia coraz bardziej oddalałem się od niej i od siebie samego.
Cztery miesiące później Marta zadzwoniła do mnie wieczorem.
– Michał… muszę ci coś powiedzieć – jej głos był poważny jak nigdy wcześniej. – Jestem w ciąży.
Zamarłem. Przez chwilę nie mogłem wydusić z siebie słowa. Potem poczułem falę radości i ulgi – wreszcie zostanę ojcem! To było coś, czego pragnąłem od lat. Zacząłem snuć plany: rozwód z Agnieszką, nowe życie z Martą i naszym dzieckiem.
Ale wtedy mój ojciec trafił do szpitala z zawałem serca. Lekarze powiedzieli, że musi unikać stresu. Bałem się powiedzieć mu o rozwodzie i nowym dziecku – wiedziałem, że mógłby tego nie przeżyć.
Zacząłem więc żyć podwójnym życiem: w dzień opiekowałem się ojcem i udawałem przykładnego męża, a wieczorami jeździłem do Marty, która coraz bardziej domagała się mojej obecności i pieniędzy.
– Michał, musisz mi pomóc – mówiła pewnego dnia Marta przez telefon. – Nie mogę mieszkać dalej w tej klitce na Kurdwanowie! Potrzebuję większego mieszkania dla siebie i dziecka.
Nie zastanawiałem się długo. Wziąłem kredyt i kupiłem jej trzypokojowe mieszkanie na nowym osiedlu pod Krakowem. Czułem się dumny – przecież robię to dla mojego dziecka!
Agnieszka wiedziała o wszystkim. Nie mówiła nic, ale widziałem jej łzy i coraz większą rezygnację w oczach. Czułem się podle, ale tłumaczyłem sobie: „Przecież ona nigdy nie da mi dziecka”.
Kiedy Marta zaczęła rodzić, byłem przy niej przez całą noc. Siedziałem na plastikowym krześle pod salą porodową, modląc się o zdrowie dla niej i dziecka. Kiedy usłyszałem pierwszy płacz noworodka, łzy napłynęły mi do oczu.
Po chwili położna przyniosła mi syna.
Zamarłem.
Dziecko miało ciemne włosy i orzechowe oczy – zupełnie inne niż moje jasne włosy i niebieskie tęczówki. Ale to nie to mnie uderzyło najbardziej.
Mały był wykapanym Piotrkiem – moim kolegą z pracy! Nawet miał tę samą charakterystyczną przerwę między zębami.
Marta zauważyła moją minę.
– Coś nie tak? – zapytała nerwowo.
– Nie… wszystko dobrze – skłamałem i wyszedłem na korytarz zadzwonić do mojej siostry Magdy.
– Magda… musisz tu przyjechać i zobaczyć dziecko Marty – powiedziałem drżącym głosem.
Przyjechała godzinę później i już po chwili spojrzała na mnie znacząco:
– Michał… on wygląda jak Piotrek.
Nie spałem całą noc. Następnego dnia zdobyłem szczoteczkę do zębów Piotrka z naszej firmowej łazienki i oddałem ją razem z próbką włosów dziecka do laboratorium na testy DNA.
Czekałem tydzień na wyniki. Każdego dnia czułem coraz większy lęk i obrzydzenie do siebie samego.
Wynik był jednoznaczny: dziecko Marty było synem Piotrka.
Kiedy pokazałem Marcie wynik testu, najpierw zaprzeczała:
– To niemożliwe! Przecież spałam tylko z tobą!
Ale po chwili pękła:
– Michał… ja… nie wiedziałam czyje to dziecko… Ale ty miałeś pieniądze i tak bardzo chciałeś być ojcem…
Poczułem się jak idiota. Straciłem wszystko: pieniądze na mieszkanie dla kochanki, resztki godności i szacunek do samego siebie.
Wróciłem do domu jak zbity pies. Agnieszka siedziała przy stole z kubkiem herbaty w dłoniach.
– Wszystko wiem – powiedziała cicho. – Ale jeśli chcesz spróbować jeszcze raz… możemy pójść razem do lekarza.
Nie zasłużyłem na jej wybaczenie, ale ona była silniejsza niż ja.
Poszliśmy razem do kliniki leczenia niepłodności. Po serii badań usłyszałem diagnozę: azoospermia – całkowity brak plemników w nasieniu.
To ja byłem powodem naszych problemów przez te wszystkie lata…
Dziś robię wszystko, by naprawić to co zepsułem. Staram się być lepszym człowiekiem dla Agnieszki, choć wiem, że nigdy nie odzyskam jej pełnego zaufania.
Czasem patrzę w lustro i pytam sam siebie: czy można naprawić życie po takim upadku? Czy wybaczenie naprawdę leczy rany? Co wy o tym myślicie?