Oddałem Mamę do Domu Opieki. Czy Kiedykolwiek Sobie Wybaczę?
– Synku, czy na pewno muszę tu zostać? – głos mamy drżał, a jej oczy błyszczały łzami, kiedy ściskała moją dłoń tak mocno, jakby chciała zatrzymać mnie przy sobie na zawsze. Stałem w jasnym, sterylnym korytarzu domu opieki w podwarszawskim Piasecznie, czując, jak pot spływa mi po plecach, a serce wali jak oszalałe. Wokół nas przewijały się pielęgniarki, starsi ludzie siedzieli na wózkach, patrząc w pustkę lub rozmawiając cicho ze swoimi bliskimi. Zapach środków dezynfekujących mieszał się z zapachem zupy z kuchni.
– Mamo, to tylko na chwilę, dopóki nie poczujesz się lepiej – próbowałem mówić spokojnie, choć głos mi się łamał. – Tu będą o ciebie dbać, będziesz miała opiekę, lekarzy pod ręką…
– Ale ja chcę do domu, Pawełku. – Jej głos był cichy, niemal szeptany. – Do mojego domu, do twojego pokoju, do ogrodu…
Nie potrafiłem spojrzeć jej w oczy. Przez chwilę miałem ochotę zabrać ją z powrotem do samochodu, wrócić do naszego starego mieszkania na Ochocie, gdzie przez lata opiekowałem się nią sam, odkąd tata odszedł. Ale wiedziałem, że nie dam już rady. Praca, dzieci, żona, kredyt, wieczne zmęczenie. Ostatnie miesiące były koszmarem – mama coraz częściej zapominała, gdzie jest, gubiła się na klatce schodowej, raz prawie podpaliła kuchnię. Byłem na skraju wytrzymałości, a moja żona, Ania, coraz częściej patrzyła na mnie z wyrzutem, jakbym to ja był winny całemu zamieszaniu.
– Paweł, musisz coś z tym zrobić – powtarzała mi wieczorami, kiedy dzieci już spały. – Nie możemy tak żyć, dzieci się boją, ja się boję. Przecież ona potrzebuje profesjonalnej opieki.
Wiedziałem, że ma rację, ale serce nie chciało słuchać rozumu. Mama była zawsze moją opoką, to ona ratowała mnie z opresji, kiedy byłem dzieckiem, to ona tuliła mnie po nocach, kiedy miałem gorączkę, to ona płakała ze szczęścia, kiedy dostałem się na studia. Teraz ja miałem ją zostawić w obcym miejscu, wśród obcych ludzi?
– Synku, nie zostawiaj mnie tu…
Te słowa dźwięczą mi w głowie do dziś. Wyszedłem z domu opieki, zamknąłem za sobą drzwi i poczułem, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Przez całą drogę do domu płakałem jak dziecko, nie przejmując się, że kierowcy na światłach patrzą na mnie ze zdziwieniem. W domu Ania próbowała mnie pocieszyć, ale jej słowa odbijały się ode mnie jak od ściany. Dzieci patrzyły na mnie niepewnie, jakby nie wiedziały, czy mogą się do mnie przytulić.
Minęły tygodnie, a ja nie mogłem znaleźć spokoju. Każdego dnia budziłem się z poczuciem winy, że zawiodłem mamę, że wybrałem wygodę zamiast miłości. Dzwoniłem do domu opieki, rozmawiałem z pielęgniarkami, które zapewniały mnie, że mama ma się dobrze, że coraz lepiej odnajduje się w nowym miejscu. Ale kiedy przyjeżdżałem w odwiedziny, widziałem w jej oczach smutek, którego nie potrafiłem znieść.
– Pawełku, kiedy mnie zabierzesz do domu? – pytała za każdym razem, a ja nie miałem odwagi odpowiedzieć.
Z czasem zaczęła coraz mniej mówić, coraz rzadziej się uśmiechała. Znikała gdzieś ta radosna, ciepła kobieta, którą znałem całe życie. Czułem, jakby umierała na moich oczach, a ja nie mogłem nic zrobić. Próbowałem tłumaczyć sobie, że to dla jej dobra, że tu ma lepszą opiekę, że w domu nie byłbym w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa. Ale nocami budziłem się zlany potem, słysząc w głowie jej głos: „Nie zostawiaj mnie tu…”
Pewnego dnia, kiedy przyszedłem w odwiedziny, zobaczyłem, jak siedzi sama w ogrodzie, patrząc na kwitnące róże. Usiadłem obok niej, próbując nawiązać rozmowę.
– Mamo, jak się dziś czujesz?
– Dobrze, synku – odpowiedziała cicho, nie patrząc na mnie. – Ale tu jest tak cicho. Czasem wydaje mi się, że już mnie nie pamiętasz.
Te słowa przebiły mnie na wskroś. Próbowałem ją objąć, ale odsunęła się lekko, jakby nie chciała, żebym widział jej łzy. Wróciłem do domu rozbity, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Ania próbowała mnie przekonać, że zrobiłem wszystko, co mogłem, że nie jestem zły, że to życie postawiło mnie w takiej sytuacji. Ale ja nie potrafiłem jej uwierzyć.
Zaczęły się kłótnie. Coraz częściej wybuchałem bez powodu, krzyczałem na dzieci, zamykałem się w sobie. Ania groziła, że odejdzie, jeśli nie zacznę dbać o rodzinę. Czułem, że tracę wszystko – mamę, żonę, dzieci, samego siebie.
Pewnej nocy, kiedy nie mogłem zasnąć, zadzwoniłem do siostry, Magdy, która mieszkała w Gdańsku i od lat nie utrzymywała z nami kontaktu. Opowiedziałem jej wszystko, płacząc do słuchawki jak mały chłopiec. Magda milczała przez dłuższą chwilę, a potem powiedziała:
– Paweł, nie jesteś sam. Ja też czuję się winna, że nie pomagam. Może powinniśmy razem coś wymyślić?
To był pierwszy raz od miesięcy, kiedy poczułem, że ktoś mnie rozumie. Zaczęliśmy rozmawiać częściej, planować, jak możemy lepiej zorganizować opiekę nad mamą. Może uda się znaleźć opiekunkę, może Magda przyjedzie na jakiś czas do Warszawy. Powoli zaczynałem wierzyć, że nie wszystko jest stracone.
Ale poczucie winy nie znikało. Każdego dnia patrzyłem w lustro i pytałem siebie, czy zrobiłem dobrze. Czy naprawdę wybrałem dobro mamy, czy po prostu uciekłem od odpowiedzialności? Czy kiedyś będę mógł spojrzeć sobie w oczy bez wstydu?
Czasem siedzę wieczorami na balkonie, patrzę na rozświetlone okna miasta i myślę: ilu z nas musi podejmować takie decyzje? Ilu z nas czuje się winnych, choć robi wszystko, co w ich mocy? Czy kiedykolwiek sobie wybaczę? Czy Wy byście potrafili?