Dziesięć córek: Matka, która walczyła o własne szczęście w cieniu rodzinnych oczekiwań
— Znowu dziewczynka? — głos mojej teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy kuchence, mieszając zupę dla moich dziewięciu córek, a w oczach miałam łzy, których nie chciałam pokazać. — Dziesiąta już, Anno. Czy ty w ogóle potrafisz urodzić syna?
Nie odpowiedziałam. Wpatrywałam się w parujący garnek, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo zawiodłam wszystkich wokół. Mój mąż, Stanisław, siedział przy stole z pochyloną głową. Nie spojrzał na mnie ani razu od powrotu ze szpitala. Wiem, że liczył na syna. Wiem, że cała wieś czekała na tego chłopca, który miałby przejąć gospodarstwo.
Każda ciąża była dla mnie nadzieją i strachem jednocześnie. Za każdym razem, gdy lekarz mówił „dziewczynka”, czułam ulgę i ból. Ulgę, bo wiedziałam, jak wychowywać córki. Ból — bo wiedziałam, że znowu zawiodę wszystkich. Moja matka powtarzała: „Kobieta jest tyle warta, ile synów urodzi”.
Moje córki są piękne i mądre. Najstarsza, Zosia, pomaga mi w polu i w domu. Marysia śpiewa najpiękniej w całej szkole. Kasia marzy o studiach w Białymstoku. Ale nikt tego nie widzi. Dla wszystkich liczy się tylko to, że nie mam syna.
— Może powinniśmy spróbować jeszcze raz — powiedział Stanisław pewnej nocy, kiedy myślał, że śpię. Jego głos był cichy, pełen rezygnacji.
— Nie dam już rady — odpowiedziałam szeptem. — Moje ciało jest zmęczone. Ja jestem zmęczona.
Odwrócił się do ściany i już więcej nie rozmawialiśmy o dzieciach.
Każdy dzień wyglądał podobnie: praca od świtu do zmierzchu, gotowanie, pranie, opieka nad dziećmi i zwierzętami. Czasem miałam wrażenie, że znikam — że jestem tylko cieniem kobiety, którą kiedyś byłam. Marzyłam o czymś więcej niż tylko o byciu matką i żoną. Chciałam pisać wiersze, podróżować, zobaczyć morze.
Pewnego dnia Kasia przyszła do mnie z listem.
— Mamo, dostałam się na studia! — jej oczy błyszczały szczęściem.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
— Jestem z ciebie dumna, Kasiu.
Wieczorem Stanisław powiedział:
— Po co jej te studia? I tak wyjdzie za mąż i wróci na wieś.
— Może nie wróci — odpowiedziałam cicho. — Może będzie szczęśliwa gdzie indziej.
Spojrzał na mnie z wyrzutem.
— Ty też byś chciała uciec?
Nie odpowiedziałam. Bo prawda była taka, że czasem chciałam. Chciałam uciec od tej presji, od oczekiwań, od wiecznego poczucia winy.
Najtrudniejsze były święta. Cała rodzina zbierała się przy stole i każdy patrzył na mnie z litością lub pogardą. Teściowa szeptała do sąsiadki:
— Dziesięć córek! Kto to widział?
A ja siedziałam prosto, z podniesioną głową i udawałam, że mnie to nie rusza.
Pewnego wieczoru Zosia przyszła do mnie do kuchni.
— Mamo, dlaczego wszyscy chcą chłopca? Czy my jesteśmy gorsze?
Przytuliłam ją mocno.
— Jesteście najwspanialsze na świecie. To świat jest ślepy, nie wy.
Ale sama nie wierzyłam w te słowa do końca.
Którejś nocy nie mogłam zasnąć. Wyszłam przed dom i patrzyłam na gwiazdy. Myślałam o swoim życiu — o tym, kim byłam kiedyś i kim jestem teraz. Czy naprawdę jestem tylko matką dziewięciu córek? Czy mam prawo marzyć o czymś więcej?
Następnego dnia postanowiłam zrobić coś dla siebie. Znalazłam stary zeszyt i zaczęłam pisać wiersze. Pisałam o moich córkach, o ich śmiechu i łzach, o własnym bólu i nadziei. Pisałam nocami, kiedy wszyscy spali.
Po kilku tygodniach pokazałam swoje wiersze Kasi.
— Mamo! To piękne! Musisz to komuś pokazać!
Bałam się reakcji Stanisława. Ale kiedy zobaczył zeszyt na stole, tylko spojrzał na mnie smutno.
— Po co ci to? — zapytał.
— Bo chcę być kimś więcej niż tylko matką — odpowiedziałam cicho.
Nie rozumiał mnie. Ale po raz pierwszy od lat poczułam się wolna.
Z czasem moje córki zaczęły pomagać mi w pisaniu. Razem wymyślałyśmy historie i rymowanki. Dom stał się pełen śmiechu i kreatywności.
Teściowa przestała przychodzić tak często. Wieś plotkowała coraz mniej. Ludzie zaczęli mówić: „Patrzcie, jakie zdolne te dziewczyny Anny”.
Kasia wyjechała na studia i wracała tylko na wakacje. Marysia dostała stypendium muzyczne. Zosia zaręczyła się z chłopakiem z miasta.
A ja? Nadal jestem matką dziewięciu córek. Ale jestem też poetką. Kobietą z marzeniami.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę musimy spełniać cudze oczekiwania? Czy szczęście to tylko syn na gospodarstwie? A może każda z nas ma prawo być sobą?
Może właśnie po to przyszło mi urodzić dziewięć córek — żeby pokazać światu, że kobieta też może być dumą rodziny.