Dlaczego odszedłeś, kiedy najbardziej cię potrzebowałam? – Moje życie między nadzieją a rozczarowaniem
– Dlaczego odszedłeś, kiedy najbardziej cię potrzebowałam? – powtarzam w myślach, patrząc na śpiącego w łóżeczku Antosia. Jego mała rączka wystaje spod kocyka, a ja czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Wciąż nie mogę uwierzyć, że zostałam sama. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że mam wszystko: kochającego męża, stabilną pracę w krakowskim biurze rachunkowym i marzenie o rodzinie, które właśnie się spełniało.
Pamiętam ten dzień, kiedy wróciłam ze szpitala. Mama czekała na nas pod blokiem, trzymając w rękach bukiet tulipanów. – Wszystko będzie dobrze, Karolino – powiedziała cicho, ale jej oczy zdradzały niepokój. Michał nie pojawił się ani wtedy, ani później. Zostawił mi tylko krótką wiadomość: „Przepraszam. Nie potrafię tego udźwignąć.”
Przez pierwsze tygodnie żyłam jak w amoku. Karmiłam Antosia, przewijałam go, próbowałam nie płakać przy nim. Mama pomagała jak mogła, ale między nami narastało napięcie. – Gdybyś lepiej wybrała, nie byłoby tego wszystkiego – powtarzała z wyrzutem. – Michał nigdy nie był gotowy na rodzinę. Ostrzegałam cię.
Nie chciałam tego słuchać. Przecież kochałam go. Wierzyłam, że razem damy radę. Ale on zniknął z mojego życia tak nagle, jakby nigdy mnie nie kochał. Każdego dnia zadawałam sobie pytanie: co zrobiłam źle? Czy byłam zbyt wymagająca? Czy za bardzo się zmieniłam przez ciążę?
Najgorsze były wieczory. Kiedy Antoś zasypiał, a ja zostawałam sama ze swoimi myślami. Przeglądałam stare zdjęcia – nas na Rynku Głównym, śmiejących się na Plantach, trzymających się za ręce podczas spaceru po Kazimierzu. Próbowałam znaleźć na nich ślady kłamstwa, chłodu, zapowiedzi katastrofy. Ale widziałam tylko szczęście.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie teściowa. – Karolino, Michał jest zagubiony. Daj mu czas – powiedziała drżącym głosem. – On wróci.
Nie odpowiedziałam. Jak miałabym mu wybaczyć? Jak miałabym znowu zaufać?
W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku. Koleżanki pytały: – Jak sobie radzisz? – A ja odpowiadałam: – Daję radę, mam wsparcie mamy. Ale prawda była taka, że czułam się niewidzialna. Jakby moje życie przestało mieć znaczenie poza rolą matki.
Z czasem zaczęły się problemy finansowe. Michał przestał płacić alimenty. Musiałam prosić o pomoc rodziców. Tata patrzył na mnie z mieszaniną współczucia i rozczarowania. – Trzeba było słuchać matki – powtarzał.
Czułam się osaczona przez ich oczekiwania i własne poczucie winy. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem. Czasem miałam ochotę po prostu wyjść i już nie wracać.
Najbardziej bolało mnie to, że Antoś nie miał ojca. Patrzyłam na inne rodziny na placu zabaw i zazdrościłam im normalności. Kiedyś podeszła do mnie sąsiadka i zapytała: – A gdzie tatuś Antosia? – Uciekł – odpowiedziałam z goryczą, zanim zdążyłam się powstrzymać.
W nocy śniło mi się, że Michał wraca. Stoi w drzwiach z bukietem kwiatów i mówi: – Przepraszam, Karolino. Kocham cię. Obudziłam się z płaczem i długo nie mogłam zasnąć.
Któregoś dnia mama przyszła do mnie do kuchni i powiedziała: – Musisz zacząć żyć dla siebie i dla Antosia. Michał już nie wróci.
Wtedy po raz pierwszy poczułam coś w rodzaju ulgi. Może rzeczywiście muszę przestać czekać? Może powinnam zacząć budować swoje życie od nowa?
Zaczęłam szukać wsparcia w grupie samotnych matek na Facebooku. Tam poznałam Magdę, która przeszła przez podobne piekło. Spotkałyśmy się na kawie w Nowej Hucie i przez dwie godziny rozmawiałyśmy o wszystkim: o samotności, o strachu przed przyszłością, o tym, jak trudno jest zaufać komukolwiek po takim zawodzie.
– Wiesz co? – powiedziała Magda na koniec spotkania. – Najważniejsze to nie dać sobie wmówić, że jesteśmy gorsze.
Te słowa długo we mnie rezonowały.
Z czasem zaczęłam dostrzegać małe radości: pierwszy uśmiech Antosia rano, zapach świeżo upieczonego chleba w piekarni pod domem, rozmowy z sąsiadką o pogodzie i polityce. Zaczęłam chodzić na spacery po Błoniach i czuć wdzięczność za to, co mam.
Ale lęk pozostał. Strach przed tym, że już nigdy nikomu nie zaufam. Że zawsze będę patrzeć na ludzi przez pryzmat zdrady Michała.
Czasem zastanawiam się: czy to możliwe, żeby jeszcze kiedyś poczuć się bezpiecznie przy kimś innym? Czy można wybaczyć sobie własną naiwność?
Może ktoś z was zna odpowiedź? Może ktoś przeszedł przez podobne piekło i potrafi powiedzieć: „Tak, da się jeszcze zaufać.”