Zamieniłem prawdziwą miłość na piękne pozory i teraz ponoszę koszty tej głupoty. Historia Bartka z Poznania

Wszystko zaczęło się w ten jeden wieczór, kiedy wróciłem do pustego mieszkania, a echo moich kroków odbijało się od ścian tak głośno, że aż bolały mnie uszy. Wtedy zrozumiałem, że nie jestem już tym samym człowiekiem, którym byłem kilka lat temu. Mam na imię Bartek. Mam 41 lat i mieszkam w Poznaniu. Dziś jestem cieniem siebie sprzed lat – a wszystko przez jeden wybór, który zmienił moje życie w koszmar.

Była jesień, liście szurały pod butami, a ja wracałem z pracy do domu, gdzie czekała na mnie Marta – moja żona od siedmiu lat. Ale zanim była Marta, była jeszcze ona – Agata. Kobieta, która znała mnie lepiej niż ja sam siebie. Z Agatą poznaliśmy się na studiach na UAM-ie. Była cicha, trochę nieśmiała, ale miała w sobie coś takiego, że chciało się przy niej być. Potrafiła rozśmieszyć mnie nawet wtedy, gdy świat walił mi się na głowę. Przez pięć lat byliśmy nierozłączni. Wspólne wyjazdy pod namiot nad jezioro, wieczory z planszówkami i rozmowy do rana o wszystkim i o niczym.

Moja mama zawsze powtarzała: „Bartek, patrz na serce, nie na wygląd”. Ale ja byłem młody i głupi. Chciałem czegoś więcej – chciałem błysku, podziwu kolegów, kobiety, która zrobi wrażenie na wszystkich dookoła. Agata była zwyczajna – nie malowała się mocno, ubierała się skromnie. Gdy przychodziła do mnie do domu, moja siostra żartowała: „Bartek, kiedy ty ją w końcu ubierzesz jak człowieka?”. Śmiałem się wtedy razem z nią, ale Agata tylko spuszczała wzrok.

Wszystko zmieniło się na weselu mojego kuzyna. Tam poznałem Martę – wysoką blondynkę z nogami do nieba i uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Była przebojowa, pewna siebie i od razu wiedziała, czego chce. Zatańczyliśmy razem kilka razy i już wiedziałem, że chcę więcej. Agata patrzyła na mnie tego wieczoru z końca sali – jej spojrzenie było pełne smutku i rozczarowania.

Po weselu zaczęło się między mną a Martą coś więcej. Spotykaliśmy się po kryjomu przez kilka tygodni. W końcu powiedziałem Agacie prawdę. Pamiętam jej łzy i to jedno zdanie: „Bartek, ja cię kocham naprawdę. Ale jeśli chcesz odejść – odejdź”. Odszedłem.

Marta była zupełnie inna niż Agata. Lubiła drogie restauracje, weekendy w spa i zakupy w Starym Browarze. Z początku czułem się jak król życia – wszyscy znajomi patrzyli na nas z zazdrością. Moja mama była jednak sceptyczna:
– Synu, czy ty jesteś pewien? Ta dziewczyna patrzy na ciebie jak na kartę kredytową.
– Mamo, daj spokój! – odpowiadałem zirytowany. – Po prostu zazdrościsz mi szczęścia.

Z Martą szybko zamieszkaliśmy razem. Jej rodzice byli zachwyceni – „Wreszcie ktoś z porządnym mieszkaniem i pracą!”. Z czasem jednak zaczęły się pierwsze zgrzyty. Marta nie znosiła mojej rodziny – uważała ich za prowincjuszy. Kiedy zaprosiłem ją na imieniny taty do Środy Wielkopolskiej, powiedziała:
– Bartek, nie będę siedzieć w tej wsi przy stole z twoją matką i jeść schabowego! Chcesz być taki jak oni?

Poczułem wtedy pierwszy raz ukłucie w sercu. Ale tłumaczyłem sobie: „To minie, ona po prostu musi się przyzwyczaić”.

Po roku oświadczyłem się Marcie – zrobiłem to na dachu hotelu Andersia podczas kolacji przy świecach. Była zachwycona pierścionkiem – od razu wrzuciła zdjęcie na Instagram i napisała: „Najlepszy dzień mojego życia!”.

Ślub był wystawny – 150 osób, orkiestra, open bar do rana. Moja mama płakała podczas przysięgi – ale nie ze szczęścia. Po weselu Agata napisała mi krótkiego smsa: „Życzę ci szczęścia”. Nigdy więcej się nie odezwała.

Małżeństwo z Martą od początku było trudne. Ona chciała podróżować po świecie, ja musiałem pracować po godzinach, żeby spłacać kredyt na nowe mieszkanie i spełniać jej zachcianki. Kiedy mówiłem o dzieciach, śmiała się:
– Dzieci? Teraz? Bartek, przecież mamy tyle planów! Najpierw Bali, potem Nowy Jork!

Czułem się coraz bardziej samotny. W domu panowała cisza – Marta wiecznie na spotkaniach ze znajomymi albo przed lustrem robiąc makijaż na kolejne selfie. Ja gotowałem obiady dla nas obu, sprzątałem mieszkanie i coraz częściej zasypiałem sam.

Pewnego dnia wróciłem wcześniej z pracy i usłyszałem rozmowę Marty przez telefon:
– Nie wiem po co za niego wyszłam… On jest taki nudny! Ale przynajmniej płaci rachunki.

Serce mi pękło. Przez kilka dni chodziłem jak cień. Próbowałem z nią rozmawiać:
– Marta… czy ty mnie jeszcze kochasz?
– Bartek… nie dramatyzuj! Każdy ma czasem gorszy dzień.

Wtedy zacząłem szukać kontaktu z dawnymi znajomymi. Przypadkiem spotkałem Agatę w Biedronce na osiedlu Piastowskim. Była z małym chłopcem za rękę.
– Cześć Bartek…
– Cześć Aga… To twój synek?
– Tak… Staś ma już cztery lata.
– Twój mąż?
Agata uśmiechnęła się smutno:
– Nie mam męża… Ale mam spokój.

Chciałem zaprosić ją na kawę, ale odmówiła:
– Bartek… Ty już wybrałeś swoją drogę.

Wróciłem do domu i długo płakałem jak dziecko. Wiedziałem już wtedy, że wszystko straciłem – kobietę, która była moim domem; rodzinę, która mnie kochała; nawet samego siebie.

Z Martą żyjemy obok siebie jak współlokatorzy. Ona coraz częściej wyjeżdża „w interesach”, a ja coraz częściej zostaję sam ze swoimi myślami i żalem.

Ostatnio odwiedziła mnie mama:
– Synu… czy ty jesteś szczęśliwy?
Nie odpowiedziałem jej nic. Bo co miałem powiedzieć? Że zamieniłem prawdziwą miłość na piękne pozory? Że teraz płacę za to każdego dnia?

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: Bartek… czy gdybyś mógł cofnąć czas – wybrałbyś inaczej? Czy naprawdę warto było zamienić ciepło serca na zimny blask pozorów?

A Wy? Czy kiedykolwiek straciliście kogoś przez własną głupotę? Czy da się jeszcze naprawić to, co samemu się zniszczyło?