Reguły Matki: Jak Tradycje Mojej Teściowej Prawie Mnie Złamały

– Znowu tylko dla Kacperka? – mój głos zadrżał, gdy patrzyłam na stół zastawiony prezentami. Na środku, wśród kolorowych pudełek, leżał wielki samochód zdalnie sterowany. Dla mojego syna, Kacpra. Dla mojej córki, Zosi – nic.

Teściowa, pani Halina, spojrzała na mnie z uśmiechem, który znałam aż za dobrze. – Zosia jest jeszcze mała, nie zrozumie – powiedziała tonem, który nie znosił sprzeciwu. Kacper miał siedem lat, Zosia cztery. Oboje rozumieli aż za dobrze.

W tej chwili poczułam, jak coś we mnie pęka. To nie był pierwszy raz. Od lat obserwowałam, jak teściowa faworyzuje Kacpra – bo to chłopiec, bo „dziedzic”, bo „tak zawsze było w naszej rodzinie”. Zosia była dla niej niewidzialna. Mój mąż, Tomek, milczał. Wiedziałam, że boi się matki bardziej niż ja.

Po obiedzie Zosia podeszła do mnie i szepnęła: – Mamusiu, czy ja byłam niegrzeczna?

Zacisnęłam zęby, żeby nie płakać. – Nie, kochanie. Jesteś najwspanialsza na świecie.

Ale w środku gotowałam się ze złości. Ile jeszcze razy moje dziecko miało czuć się gorsze? Ile razy miałam udawać, że nie widzę tej niesprawiedliwości?

Wieczorem wybuchłam. – Tomek, musimy coś z tym zrobić! – krzyknęłam w kuchni, gdy dzieci już spały. – Twoja matka rani Zosię! Ona to widzi! Ja to widzę!

Tomek spuścił głowę. – Wiem… Ale ona już taka jest. Nie zmienisz jej.

– Ale mogę chronić nasze dzieci! – odpowiedziałam ostro.

Następnego dnia zadzwoniłam do teściowej. Głos mi drżał, ale wiedziałam, że muszę to zrobić.

– Pani Halino… Chciałam porozmawiać o wczorajszym dniu. Zosia była bardzo smutna…

– Przesadzasz – przerwała mi chłodno. – Kacper to chłopiec. W naszej rodzinie chłopcy są ważniejsi. Tak było zawsze.

– Ale ja się na to nie zgadzam – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Oboje są naszymi dziećmi. Oboje zasługują na miłość i szacunek.

W słuchawce zapadła cisza.

– Jeśli ci się nie podoba, nie musisz przychodzić na święta – usłyszałam w końcu.

Rozłączyłam się z płaczem. Przez kolejne dni czułam się rozdarta. Wiedziałam, że jeśli odetnę dzieci od babci, będą cierpieć. Ale jeśli pozwolę na dalszą niesprawiedliwość – skrzywdzę Zosię jeszcze bardziej.

Próbowałam rozmawiać z Tomkiem. – Musisz stanąć po naszej stronie! – błagałam.

– To moja mama… Nie chcę wojny w rodzinie…

– A ja nie chcę wojny w sercu mojej córki! – wykrzyczałam.

W końcu podjęłam decyzję. Zadzwoniłam do teściowej jeszcze raz.

– Pani Halino, jeśli nie będzie pani traktować moich dzieci równo, nie będziemy przychodzić. Nie pozwolę na to, żeby Zosia czuła się gorsza.

Tym razem usłyszałam tylko krótkie: – Jak chcesz.

Przyszły święta Bożego Narodzenia. Po raz pierwszy spędziliśmy je sami. Było cicho i smutno, ale też spokojnie. Dzieci dostały takie same prezenty. Zosia tuliła się do mnie przez cały wieczór.

Po kilku tygodniach teściowa zadzwoniła sama.

– Może byście przyszli na obiad…

– Czy Zosia dostanie prezent? – zapytałam bez ogródek.

Cisza.

– Dobrze… Przygotuję coś dla niej.

Nie wierzyłam do końca, ale poszliśmy. Tym razem na stole leżały dwa prezenty – dla Kacpra i dla Zosi. Małe gesty potrafią zmienić wszystko.

Ale relacja z teściową już nigdy nie była taka sama. Wiedziałam, że zrobiła to tylko dlatego, że postawiłam granicę. Że wybrałam swoje dzieci ponad tradycję i święty spokój rodziny.

Czasem patrzę na Tomka i zastanawiam się, czy rozumie, jak wiele mnie to kosztowało. Czy wiecie, ile siły trzeba mieć, żeby powiedzieć „dość” własnej rodzinie? Czy każda matka musi wybierać między lojalnością wobec tradycji a miłością do swoich dzieci?