Pomóżcie! Synowa zakazała schabowych i rodzinna kolacja zamieniła się w pole bitwy

— Mamo, tylko nie schabowe, proszę — usłyszałam głos Kasi, zanim jeszcze zdążyłam wyjąć mięso z lodówki. Stała w progu kuchni, z rękami skrzyżowanymi na piersi, a jej spojrzenie nie pozostawiało złudzeń, że to nie jest prośba, tylko rozkaz. — Przecież wiesz, że są niezdrowe. Tyle tłuszczu, panierka, smażenie… Możemy zrobić coś lżejszego?

Zamarłam z nożem w dłoni. Przez chwilę miałam ochotę udawać, że nie słyszę, ale jej wzrok był zbyt przenikliwy. W moim domu, od zawsze, schabowe były symbolem rodzinnych niedziel. To nimi witałam syna, gdy wracał z wojska, to one pachniały w całym mieszkaniu, gdy wnuki przyjeżdżały na wakacje. Teraz miałam z nich zrezygnować, bo tak chce Kasia?

— Kasieńko, ale przecież wszyscy lubią schabowe — próbowałam jeszcze negocjować. — Twój mąż, dzieci… Nawet twoja teściowa, czyli ja, nie wyobraża sobie niedzieli bez nich.

Kasia westchnęła ciężko, jakby rozmawiała z upartym dzieckiem. — Mamo, to już nie te czasy. Michał też powinien zadbać o zdrowie. Dzieci nie mogą jeść tyle tłuszczu. Zrobimy pieczonego kurczaka, dobrze?

Poczułam, jak narasta we mnie bunt. Przez lata starałam się być dobrą teściową, nie wtrącałam się, nie komentowałam ich wychowania dzieci, nie narzucałam się. Ale teraz… To był mój dom, moja kuchnia, moje zasady. Czy naprawdę muszę się poddać?

Wieczorem, gdy wszyscy zasiedli do stołu, atmosfera była napięta. Michał, mój syn, zerkał na mnie z niepokojem, jakby chciał coś powiedzieć, ale bał się reakcji żony. Dzieci kręciły się niespokojnie, pytając, gdzie są ich ulubione kotlety. Kasia z triumfem postawiła na stole pieczonego kurczaka, a ja poczułam się, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca.

— Babciu, a będą schabowe? — zapytała mała Zosia, patrząc na mnie wielkimi oczami.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Kasia wtrąciła się ostro: — Zosiu, dzisiaj jemy zdrowo. Babcia się zgodziła, prawda?

Zacisnęłam usta. Nie chciałam robić sceny przy dzieciach, ale czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Michał spojrzał na mnie przepraszająco, ale nie powiedział ani słowa. Wszyscy jedli w milczeniu, a ja czułam, jak z każdym kęsem kurczaka oddalam się od własnej rodziny.

Po kolacji zamknęłam się w kuchni, udając, że zmywam naczynia. W rzeczywistości stałam oparta o blat, próbując powstrzymać łzy. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że tradycja to nie tylko jedzenie, ale też wspomnienia, ciepło, poczucie bezpieczeństwa?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja siostra, Basia. — I co, znowu wojna o schabowe? — zapytała z nutą ironii w głosie.

— Basia, ja już nie mam siły. Czuję się, jakbym była gościem we własnym domu. Kasia rządzi wszystkim, nawet tym, co gotuję. Michał milczy, dzieci nie rozumieją, a ja… Ja po prostu chcę, żeby było jak dawniej.

— Może spróbuj z nią porozmawiać? — zaproponowała Basia. — Powiedz, co czujesz. Może nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo cię to boli.

Zebrałam się na odwagę. Wieczorem, gdy Kasia przyszła po przepis na zupę, zatrzymałam ją w kuchni.

— Kasiu, musimy porozmawiać. Wiem, że chcesz dobrze, dbasz o zdrowie rodziny, ale dla mnie schabowe to coś więcej niż tylko jedzenie. To wspomnienia, tradycja, sposób na okazanie miłości. Nie chcę, żebyś czuła się pominięta, ale proszę, pozwól mi czasem zrobić schabowe. Choćby raz w miesiącu.

Kasia spojrzała na mnie zaskoczona. Przez chwilę milczała, po czym usiadła przy stole.

— Mamo, ja… Ja po prostu boję się o zdrowie Michała. Ostatnio miał złe wyniki, lekarz mówił, żeby ograniczyć tłuszcze. Nie chciałam cię zranić, naprawdę. Ale może masz rację. Może raz na jakiś czas nikomu nie zaszkodzi.

Poczułam ulgę, ale też smutek. Czy naprawdę musimy walczyć o każdy kawałek tradycji? Czy nie można po prostu usiąść razem przy stole i cieszyć się sobą?

Od tamtej pory schabowe pojawiają się na naszym stole rzadziej, ale za to smakują lepiej niż kiedykolwiek. Dzieci cieszą się, Michał zjada z uśmiechem, a Kasia… Cóż, czasem nawet sama prosi o dokładkę.

Czasem zastanawiam się, czy to ja jestem zbyt przywiązana do przeszłości, czy może świat za szybko się zmienia. Czy naprawdę musimy wybierać między zdrowiem a tradycją? A może da się to jakoś pogodzić? Co wy o tym myślicie?