Oddałam synowi połowę domu, a teraz słyszę, że przeszkadzam mu w życiu. Czy naprawdę matka może stać się ciężarem?

— Mamo, musimy porozmawiać — głos Piotra rozbrzmiał w kuchni, kiedy jeszcze parzyłam herbatę. Zatrzymałam się w pół ruchu, czując jak serce zaczyna mi bić szybciej. Zawsze, kiedy mówił tym tonem, wiedziałam, że nie będzie to rozmowa o pogodzie.

— Oczywiście, synku. Co się stało? — starałam się brzmieć spokojnie, choć już czułam niepokój.

Piotr usiadł naprzeciwko mnie, opierając łokcie o stół. Jego twarz była napięta, spojrzenie unikało mojego wzroku.

— Mamo, ja… Ja nie mogę tak dalej żyć. Ty ciągle jesteś obok. Nie mam prywatności. Ania też już nie wytrzymuje. To nie jest normalne, żeby dorosły facet mieszkał z matką pod jednym dachem.

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Przecież to był nasz dom. Dom, który z mężem budowaliśmy przez lata. Dom, w którym Piotr się wychował, gdzie biegał po ogrodzie z siostrą, gdzie świętowaliśmy każde Boże Narodzenie i każdą Wielkanoc.

Oddałam mu połowę tego domu pięć lat temu. Chciał się budować, mówił, że to dla rodziny, dla dzieci. Zgodziłam się bez wahania — przecież to mój syn! Przebudował górę na swoje mieszkanie, dobudował osobne wejście. Myślałam, że będziemy żyć razem, ale osobno — tak jak to teraz modne. Że będę mogła pomóc przy wnukach, a oni będą mieli wsparcie.

A teraz słyszę, że przeszkadzam.

— Piotrze… Ja przecież prawie cię nie widuję. Mam swój pokój na dole, gotuję tylko dla siebie. Staram się nie wchodzić wam w drogę…

— Ale jesteś tu cały czas! Ania mówi, że nie może się rozluźnić nawet we własnym domu. Wiesz, jak to jest? — Piotr podniósł głos.

Poczułam łzy pod powiekami. Próbowałam je powstrzymać.

— To już nie jest mój dom? — zapytałam cicho.

— Nie o to chodzi… Po prostu… Może powinnaś pomyśleć o czymś swoim? O jakimś mieszkaniu? Może dom spokojnej starości?

To słowo uderzyło mnie jak policzek. Dom spokojnej starości. Ja? Przecież jeszcze niedawno pracowałam w szkole, prowadziłam lekcje polskiego, organizowałam wycieczki dla dzieciaków! Teraz mam być „problemem do rozwiązania”?

Wyszłam do ogrodu. Tam zawsze czułam się bezpiecznie. Pachniały bzy, a trawa była jeszcze mokra po deszczu. Usiadłam na ławce i pozwoliłam łzom płynąć.

Przypomniały mi się czasy, kiedy Piotr był mały. Jak płakał po nocach z powodu kolki, jak tuliłam go do snu. Jak pierwszy raz przyniósł do domu szóstkę z matematyki i był taki dumny. Jak płakał po śmierci ojca — wtedy miał tylko 17 lat i wydawało mi się, że już zawsze będziemy razem trzymać się blisko.

A teraz jestem ciężarem.

Wieczorem zadzwoniła do mnie córka, Kasia.

— Mamo, Piotr znowu cię męczy? — zapytała bez ogródek.

— On po prostu chce mieć swoje życie…

— A ty nie masz prawa do swojego? Oddałaś mu pół domu! Gdyby nie ty i tata, nie miałby gdzie mieszkać! — Kasia była zawsze bardziej stanowcza ode mnie.

— Nie chcę robić awantur…

— Ale on robi! Mamo, przyjedź do mnie na kilka dni. Odpoczniesz od tego wszystkiego.

Nie chciałam być ciężarem także dla niej. Ale zgodziłam się — choćby po to, żeby Piotr i Ania mogli „mieć swoją przestrzeń”.

U Kasi było cicho i spokojnie. Jej mąż, Tomek, zawsze traktował mnie z szacunkiem. Wnuczka Ola przytulała się do mnie wieczorami i pytała o bajki z mojego dzieciństwa.

Ale nie mogłam przestać myśleć o domu. O ogrodzie, który pielęgnowałam przez trzydzieści lat. O kuchni pachnącej drożdżowym ciastem. O zdjęciach na ścianach — moich rodziców, mojego męża…

Po tygodniu wróciłam do siebie. Piotr nawet nie wyszedł z góry się przywitać. Ania rzuciła krótkie „dzień dobry” i zamknęła za sobą drzwi.

Czułam się jak intruz we własnym domu.

Zaczęłam rozważać sprzedaż swojej części i kupno małego mieszkania w bloku. Ale serce mi pękało na myśl o zostawieniu wszystkiego — wspomnień, ogrodu, sąsiadów…

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Piotra z Anią przez cienką ścianę:

— Ona nigdy nie odejdzie sama…
— Musimy jej pomóc podjąć decyzję.
— Ale przecież to moja matka!
— I co z tego? Ile jeszcze będziemy tak żyć?

Zrozumiałam wtedy jedno: dla nich jestem przeszkodą na drodze do szczęścia.

Zadzwoniłam do prawnika znajomej i zaczęłam pytać o formalności związane ze sprzedażą części domu.

Kiedy powiedziałam o tym Kasi przez telefon, rozpłakała się:

— Mamo! Nie możesz tak po prostu oddać wszystkiego! To twój dom!

Ale ja już byłam zmęczona walką o miejsce w życiu własnego syna.

Dziś siedzę na tej samej ławce w ogrodzie i patrzę na zachodzące słońce nad moim domem. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Czy naprawdę matka może stać się ciężarem dla własnego dziecka? Czy oddając serce i dom rodzinny można zostać bez miejsca na świecie?

Może wy mi powiecie: co powinnam zrobić? Czy naprawdę jestem winna temu wszystkiemu?