Obrażona teściowa i meblościanka z PRL-u: historia rodzinnego rozłamu
Z hukiem trzasnęły drzwi, a echo tej awantury jeszcze długo odbijało się po klatce schodowej. Stałam na korytarzu, trzymając w rękach klucze do kawalerki na Jeżycach, a obok mnie mój mąż, Paweł. W środku, za zamkniętymi drzwiami, szlochała jego matka – teściowa, pani Genowefa. Wszystko przez starą meblościankę z PRL-u, którą przywieźliśmy jej z mieszkania po mojej babci. Nie spodziewałam się, że kawałek drewna stanie się początkiem rodzinnej wojny.
– To jest afront! – krzyczała Genowefa przez drzwi. – Myślicie, że jestem śmieciem? Że zasługuję tylko na wasze graty?!
Paweł spuścił głowę. Ja czułam wstyd i bezsilność. Przecież chcieliśmy dobrze. Po śmierci mojego dziadka odziedziczyłam mieszkanie na Wildzie. Zdecydowaliśmy się zrobić remont i przeprowadzić się tam z wynajmowanego lokum. Wtedy pojawił się pomysł, by pomóc teściowej – jej własna kawalerka od lat stała pusta i zaniedbana, bo Genowefa mieszkała z nowym partnerem w Luboniu. Po jego śmierci musiała wrócić do siebie, do pustych ścian i wilgoci.
– Mamo, to są porządne meble – próbował tłumaczyć Paweł. – Nie chcieliśmy, żebyś spała na podłodze.
– Nie potrzebuję waszej litości! – padła odpowiedź.
Wróciliśmy do domu w milczeniu. Wieczorem Paweł zadzwonił do siostry, Magdy. Chciał się wygadać, ale rozmowa szybko przerodziła się w kolejną kłótnię.
– Ty zawsze stajesz po stronie matki! – wyrzucił jej Paweł. – A kiedy trzeba pomóc, to ciebie nie ma!
– Bo wy wszystko robicie na pokaz! – odparła Magda. – Chcecie być bohaterami, a tak naprawdę tylko się wywyższacie!
Zamknęłam się w łazience i płakałam. Czułam się winna, choć przecież to nie ja zaczęłam tę wojnę o meblościankę. W mojej rodzinie takie rzeczy załatwiało się spokojnie – babcia zawsze powtarzała: „Lepiej mieć pokój niż rację”. Ale u Pawła wszystko było na ostrzu noża.
Następnego dnia Genowefa zadzwoniła do mnie osobiście.
– Pani Marto – zaczęła chłodno – proszę zabrać swoje rzeczy z mojego mieszkania. Nie będę żyła z cudzej łaski.
– Pani Genowewo, to nie była łaska…
– Proszę nie dyskutować! – przerwała mi.
Zebrałam się w sobie i pojechałam do niej sama. W mieszkaniu panował chłód i zapach stęchlizny. Meblościanka stała rozkręcona na środku pokoju, a obok niej leżały porozrzucane ubrania i stare gazety.
– Wie pani… – zaczęła Genowefa, patrząc mi prosto w oczy – ja całe życie ciężko pracowałam. Najpierw w Społem, potem w szkole jako woźna. Nigdy nic nie dostałam za darmo. A teraz mam przyjmować resztki po kimś? To boli.
Usiadłam na krześle i przez chwilę milczałyśmy.
– Rozumiem pani dumę – powiedziałam cicho. – Ale przecież to nie są resztki. To wspomnienia, historia rodziny…
– Może dla pani! – przerwała mi ostro. – Dla mnie to tylko przypomnienie, że nikomu nie jestem potrzebna.
Wróciłam do domu rozbita. Paweł próbował mnie pocieszyć, ale sam był bliski łez.
– Ona nigdy nie była łatwa – powiedział wieczorem. – Po rozwodzie z ojcem zamknęła się w sobie. Zawsze mówiła, że świat jest przeciwko niej.
Przez kolejne tygodnie sytuacja tylko się pogarszała. Genowefa przestała odbierać telefony od nas i od Magdy. Rozpowiadała po rodzinie, że ją upokorzyliśmy. Na imieninach u ciotki Zosi doszło do otwartego konfliktu.
– Ty nawet matki nie potrafisz uszanować! – rzuciła Magda do Pawła przy wszystkich.
– A ty co zrobiłaś? Nawet nie przyjechałaś pomóc jej posprzątać! – odparował Paweł.
Ciotka Zosia próbowała ich uciszyć:
– Dzieci, przestańcie! Przecież wszyscy chcieli dobrze…
Ale nikt już nie słuchał.
W domu atmosfera była coraz gorsza. Paweł zamykał się w sobie, ja chodziłam jak struta. Nawet remont mieszkania po babci nie cieszył mnie już tak jak wcześniej. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia – może faktycznie powinniśmy byli kupić Genowefie nowe meble? Może powinnam była bardziej ją zrozumieć?
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama.
– Martuś, nie przejmuj się tak tym wszystkim. Ludzie czasem muszą przejść przez swoje żale sami.
Ale ja nie potrafiłam odpuścić. Pojechałam jeszcze raz do Genowefy z ciastem i kawą.
– Pani Genowewo…
Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Po co pani tu przyszła?
– Chciałam porozmawiać…
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie. Przez chwilę milczałyśmy.
– Wie pani… ja już nikomu nie wierzę – powiedziała w końcu Genowefa cicho. – Nawet własnym dzieciom.
Wtedy zrozumiałam, że to nie o meblościankę chodziło. To był tylko pretekst do wyrażenia wszystkich żalów i rozczarowań z całego życia.
Z czasem sytuacja trochę się uspokoiła. Genowefa zostawiła meblościankę w pokoju i nawet zaczęła ją powoli czyścić i układać w niej swoje rzeczy. Ale relacje rodzinne już nigdy nie wróciły do normy sprzed tej awantury.
Dziś minęły dwa lata od tamtych wydarzeń. Mamy z Pawłem synka, Antosia. Genowefa widuje go rzadko, ale zawsze przynosi mu coś słodkiego i opowiada historie ze swojego dzieciństwa na wsi pod Kaliszem.
Czasem patrzę na tę starą meblościankę podczas wizyt u teściowej i myślę: ile rzeczy można by uniknąć, gdyby ludzie potrafili rozmawiać o swoich uczuciach zamiast je tłumić? Czy naprawdę warto pielęgnować dumę kosztem bliskości?
A wy? Czy spotkaliście się kiedyś z podobną sytuacją w swojej rodzinie? Jak sobie poradziliście z żalem i dumą bliskich?