Nie potrafię wybaczyć, choć wszyscy tego oczekują – historia Magdy z Poznania
– Magda, otwórz, to ja! – głos mojego męża, Piotra, odbijał się echem po klatce schodowej. Była 22:30, dzieci już spały, a ja siedziałam na podłodze w kuchni, wpatrując się w pustą szklankę po herbacie. Nie chciałam go widzieć. Nie chciałam słyszeć. Ale wiedziałam, że jeśli nie otworzę, obudzi całą kamienicę.
Otworzyłam drzwi. Stał tam – zmarznięty, z podkrążonymi oczami, trzymając w ręku siatkę z marketu. – Przyniosłem dla dzieci jogurty i te ich ulubione płatki… – zaczął niepewnie, ale przerwałam mu gestem.
– Po co tu przyszedłeś? – spytałam cicho, żeby nie obudzić Zosi i Antka.
– Muszę z tobą porozmawiać. Proszę… – jego głos był inny niż zwykle. Słabszy. Bez tej pewności siebie, którą miał jeszcze rok temu.
Wpuściłam go do środka. Usiadł przy stole, a ja stałam oparta o framugę drzwi. Przez chwilę milczeliśmy. W końcu powiedział:
– Magda, wiem, że zawaliłem wszystko. Wiem, że cię zraniłem. Ale błagam… daj mi jeszcze jedną szansę.
Patrzyłam na niego i czułam tylko zmęczenie. Nie gniew. Nie żal. Po prostu pustkę.
Z Piotrem byliśmy razem od liceum. Poznań, 2002 rok, pierwsza klasa – on przystojny chłopak z sąsiedztwa, ja nieśmiała dziewczyna z bloków na Winogradach. Przez lata byliśmy nierozłączni: studia na UAM-ie, wspólna praca w agencji reklamowej, ślub w kościele św. Wojciecha. Dzieci przyszły późno – po wielu próbach i łzach w poduszkę. Kiedy urodziła się Zosia, myślałam, że nic złego już nas nie spotka.
A potem była pandemia. Piotr coraz częściej zostawał po godzinach w pracy. Ja z dwójką dzieci na zdalnym nauczaniu i własną robotą na home office. Coraz mniej rozmów, coraz więcej milczenia.
Pewnego dnia znalazłam SMS-a na jego telefonie: „Tęsknię za tobą”. Nadawcą była Marta – nowa dziewczyna z jego biura. Młodsza ode mnie o dziesięć lat. Gdy go skonfrontowałam, nie zaprzeczał.
– Magda… Ja już nie wiem, co się ze mną dzieje – powiedział wtedy. – Potrzebuję czegoś nowego.
Wyrzuciłam go z domu tego samego wieczoru. Dzieci płakały przez tydzień. Moja mama przyjechała z Kalisza i próbowała mnie pocieszać:
– Córeczko, faceci są słabi. Ale rodzina jest najważniejsza. Musisz mu wybaczyć dla dzieci.
Nie mogłam jej słuchać. Każde jej słowo wbijało mi się w serce jak szpilka.
Przez kolejne miesiące żyłam jak automat: praca, dzieci, zakupy, pranie, gotowanie. Zosia zaczęła jąkać się ze stresu, Antek moczył się w nocy. Psycholog szkolny sugerował terapię rodziną. Piotr dzwonił co kilka dni – raz prosił o przebaczenie, raz groził sądem o opiekę nad dziećmi.
W końcu przyszedł ten wieczór – ten sam, od którego zaczęłam tę opowieść.
– Magda… Ja naprawdę żałuję – powtórzył Piotr łamiącym się głosem. – Marta mnie zostawiła. Zrozumiałem wszystko za późno.
– To twój problem – odpowiedziałam chłodno.
– Ale dzieci… One mnie potrzebują.
– Potrzebowały cię wtedy, gdy wyprowadzałeś się do niej z walizką! – podniosłam głos pierwszy raz od miesięcy.
Z kuchni dobiegł cichy płacz Zosi. Pobiegłam do niej i przytuliłam ją mocno.
Po wyjściu Piotra długo nie mogłam zasnąć. W głowie miałam słowa mamy: „Wybacz dla dzieci” i słowa mojej siostry Kasi: „Nie bądź frajerką! On cię zdradził – zrobi to znowu”.
Następnego dnia zadzwoniła teściowa:
– Magdo, Piotr jest załamany. On zawsze był dobrym ojcem! Dajcie sobie szansę…
– Pani Heleno, proszę nie dzwonić więcej w tej sprawie – odpowiedziałam stanowczo i rozłączyłam się.
Czułam się osaczona przez wszystkich: rodzinę Piotra, swoją mamę, nawet sąsiadki plotkowały na klatce schodowej:
– Biedny Piotruś… A ta Magda taka zimna…
Nie wiedzieli nic o moich nocach bez snu i łzach w poduszkę.
Pewnego dnia przyszła do mnie Kasia:
– Magda, musisz coś postanowić. Albo go przyjmij z powrotem i spróbuj żyć dalej razem – albo zamknij ten rozdział raz na zawsze!
– Nie potrafię… – wyszeptałam przez łzy.
– Czego się boisz?
– Że już nigdy nie będę szczęśliwa… Że dzieci będą cierpieć… Że wszyscy będą mnie oceniać…
Kasia przytuliła mnie mocno:
– To twoje życie! Nie mamy wpływu na to, co mówią inni!
Przez kolejne tygodnie Piotr próbował wszystkiego: przynosił prezenty dla dzieci, wysyłał długie SMS-y pełne przeprosin i obietnic poprawy. Nawet zapisał się na terapię dla par i proponował wspólne spotkania u psychologa.
Ale ja nie byłam gotowa wrócić do tego życia sprzed zdrady. Każde jego „przepraszam” bolało mnie bardziej niż sama zdrada.
W pracy zaczęły się plotki:
– Słyszałaś? Magda rozstała się z mężem… Pewnie coś z nią nie tak…
Szefowa zaproponowała mi delegację do Warszawy na kilka tygodni:
– Może zmiana otoczenia dobrze ci zrobi?
Zgodziłam się bez wahania. Dzieci zostały pod opieką mojej mamy i Kasi.
W Warszawie poczułam pierwszy raz od miesięcy oddech wolności: kawa na Nowym Świecie bez pośpiechu, samotne spacery po Łazienkach Królewskich… I nagle pojawił się Michał – kolega ze studiów, który od lat mieszkał w stolicy.
Spotkaliśmy się kilka razy na kawie i rozmowach o dawnych czasach. Michał był rozwiedziony, miał dorosłą córkę i mnóstwo dystansu do życia.
– Magda, nie musisz nikomu nic udowadniać – powiedział pewnego wieczoru przy lampce wina. – Masz prawo być szczęśliwa na swoich warunkach.
Po powrocie do Poznania Piotr czekał pod blokiem:
– Magda… Tylko powiedz mi jedno: czy jest ktoś inny?
Popatrzyłam mu prosto w oczy:
– Nie ma nikogo innego. Jestem tylko ja sama ze sobą i swoimi ranami.
Zaczął płakać jak dziecko:
– Ja już nie mam nic… Proszę cię…
Wtedy po raz pierwszy poczułam litość – ale nie miłość.
Dziś mija rok od tamtej nocy, gdy Piotr wrócił z siatką jogurtów pod drzwi mojego mieszkania. Nadal mieszkam sama z dziećmi na Winogradach. Piotr widuje je regularnie – zabiera na lody do Starego Browaru albo do kina na Maltę. Ja układam swoje życie od nowa: powoli uczę się ufać sobie i swoim decyzjom.
Mama nadal powtarza: „Może jeszcze kiedyś…” Kasia mówi: „Jesteś silna!” Teściowa już się nie odzywa.
A ja? Każdego wieczora patrzę w okno i pytam siebie: czy wybaczenie to zawsze droga do szczęścia? Czy można być wolnym bez przebaczenia? Czy ktoś z was też kiedyś musiał wybierać między własnym spokojem a oczekiwaniami innych?