„Nie jesteś moją matką!” – Historia o nowym początku, rodzinnych ranach i walce o zaufanie na polskiej wsi
– Nie jesteś moją matką! – wrzasnęła Zosia, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zatrzęsły się szyby. Stałam w korytarzu, ściskając w rękach ścierkę, którą przed chwilą wycierałam stół. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba i… gniewu. Moje serce waliło jak młot. Czy to ja zrobiłam coś nie tak? Czy to po prostu ból, którego nie umiem ukoić?
Jeszcze tydzień temu byłam w zupełnie innym świecie – w ciasnym pokoiku na poddaszu u państwa Nowaków w Radomiu. Szyłam dla nich od świtu do nocy, a pani Nowakowa patrzyła na mnie zawsze z góry. Kiedy zginęły dwa kawałki drogiej koronki, nawet nie próbowała słuchać moich wyjaśnień. „Wiem, że to ty, Marysiu. Takie jak ty zawsze coś wyniosą” – powiedziała lodowatym tonem. W Radomiu plotka rozchodzi się szybciej niż dym z komina. Nim zdążyłam się spakować, wszyscy już wiedzieli: Marysia Zawadzka to złodziejka.
Wyszłam na drogę z jedną walizką i pustką w sercu. Szłam przed siebie, aż nogi odmówiły posłuszeństwa. Usiadłam na przystanku pod lasem, łzy ściekały mi po policzkach. „Co teraz? Gdzie pójdę? Kto mi uwierzy?” – pytałam siebie w myślach.
Wtedy usłyszałam stukot kół na wyboistej drodze. Stara nyska zatrzymała się tuż obok. Za kierownicą siedział mężczyzna – wysoki, postawny, z twarzą pooraną zmarszczkami i oczami, które widziały już niejedno. Obok niego na przednim siedzeniu siedziała dziewczynka o jasnych włosach i wielkich oczach.
– Wszystko w porządku? – zapytał mężczyzna, wychylając się przez okno.
– Tak… To znaczy… Nie bardzo – odpowiedziałam cicho.
– Gdzie pani idzie?
– Do sąsiedniej wsi… Może znajdę jakąś robotę.
– A skąd pani jest?
– Z Radomia.
– To kawał drogi. Proszę wsiadać. Podrzucę panią.
Wahałam się, ale spojrzałam na dziewczynkę – uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. Wsiadłam.
Po drodze dowiedziałam się, że mężczyzna to pan Andrzej Kwiatkowski, wdowiec od dwóch lat. Piątka córek – Zosia (12), Ola (10), Basia (8), Hania (6) i najmłodsza Kasia (4). Gospodarstwo ledwo zipie po śmierci żony. „Nie radzę sobie… Potrzebuję kogoś do pomocy. Dach nad głową, jedzenie i parę groszy miesięcznie. Ale ostrzegam – dziewczyny są trudne. Szczególnie Zosia” – powiedział szczerze.
Nie miałam wyboru. Zgodziłam się.
Pierwsze dni były jak chodzenie po polu minowym. Dziewczynki patrzyły na mnie podejrzliwie, a Zosia wręcz z nienawiścią. Ola próbowała być miła, Basia płakała nocami, Hania chowała się za szafą, a Kasia tuliła do siebie stary pluszowy królik.
Pierwszego wieczoru usłyszałam przez drzwi szept:
– Myślisz, że ona też nas zostawi?
– Każda odchodzi – odpowiedziała Zosia.
Zrozumiałam wtedy, że nie jestem pierwszą „nową” w tym domu.
Następnego dnia rano przygotowałam śniadanie – jajecznicę na maśle i świeży chleb. Dziewczynki przyszły do kuchni nieufnie.
– Możemy jeść? – spytała Hania cicho.
– Oczywiście! – uśmiechnęłam się.
Kasia podeszła pierwsza i usiadła obok mnie.
– Ty pachniesz jak mama… – wyszeptała.
Zosia spojrzała na mnie z pogardą:
– Nie jesteś naszą mamą! Nie udawaj!
Zamarłam. Andrzej wszedł do kuchni i spojrzał na mnie przepraszająco.
– Daj im czas… One dużo przeszły – powiedział cicho.
Wieczorami słyszałam płacz za ścianą. Basia tuliła poduszkę i szeptała imię mamy. Próbowałam być dla nich wsparciem, ale każda próba kończyła się chłodem lub milczeniem. Zosia była najgorsza – ignorowała mnie lub rzucała kąśliwe uwagi:
– Pewnie przyszłaś tu tylko po pieniądze! Jak każda!
Któregoś dnia znalazłam ją w ogrodzie przy starym krzaku porzeczek. Siedziała skulona i płakała.
– Zosiu… Mogę usiąść?
– Rób co chcesz! – burknęła.
Usiadłam obok niej w milczeniu.
Po chwili spytała:
– Dlaczego tu zostałaś? Przecież mogłabyś znaleźć lepszą pracę gdzie indziej!
– Bo nie mam dokąd pójść… I bo chcę spróbować pomóc wam, choć trochę.
Spojrzała na mnie ze łzami w oczach:
– Każda kobieta tu przychodzi i odchodzi! Mama też odeszła… tylko na zawsze…
Objęłam ją delikatnie. Nie odepchnęła mnie, choć była sztywna jak deska.
Z czasem zaczęły pojawiać się drobne zmiany. Ola pomagała mi w kuchni, Basia zaczęła opowiadać o szkole, Hania przyniosła mi rysunek „nowej rodziny” z moją postacią trzymającą ją za rękę. Kasia coraz częściej siadała mi na kolanach podczas czytania bajek.
Ale Zosia nadal walczyła ze mną o każdy centymetr przestrzeni:
– Nie będziesz mi mówić co mam robić! Nie jesteś moją matką!
Czasem miałam ochotę spakować walizkę i odejść. Ale wtedy przypominałam sobie własne dzieciństwo – rodziców straconych przez chorobę, dom dziecka pełen obcych ludzi i tęsknoty za kimś, kto by mnie przytulił bezinteresownie.
Pewnego dnia Andrzej wrócił późno z pola – zmęczony, brudny, przygnębiony.
– Marysiu… Ja już nie daję rady… One mnie nienawidzą za to, że nie jestem ich matką i za to, że próbuję ją zastąpić kimkolwiek…
Usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach.
Usiadłam naprzeciwko niego:
– One cię kochają… Tylko boją się to okazać. Boją się kolejnej straty.
Spojrzał na mnie ze łzami w oczach:
– A ty? Ty też boisz się zostać?
Zamilkłam na chwilę.
– Tak… Ale jeszcze bardziej boję się odejść bez spróbowania wszystkiego…
Następnego dnia wydarzył się mały cud. Kasia przewróciła się na podwórku i rozbiła kolano. Zanim zdążyłam zareagować, Zosia podbiegła do niej pierwsza, przytuliła ją mocno i zaczęła szeptać:
– Już dobrze… Jestem przy tobie…
Patrzyłam na nie przez okno kuchni i poczułam łzy napływające do oczu. Może jednak jest nadzieja?
Wieczorem Zosia przyszła do mnie do pokoju.
– Przepraszam… Za wszystko…
Objęłam ją bez słowa. Po raz pierwszy poczułam, że naprawdę jestem częścią tej rodziny.
Z czasem dom zaczął tętnić życiem: wspólne gotowanie pierogów, śmiechy przy stole, spacery po lesie i rozmowy do późna przy herbacie z malinami. Dziewczynki coraz częściej mówiły „ciociu Marysiu”, a nawet „mamo” – choć to ostatnie padało rzadko i zawsze szeptem.
Ale życie nie jest bajką. Pewnego dnia do drzwi zapukała pani Nowakowa z Radomia – przyszła „po swoje” rzeczy rzekomo ukradzione przeze mnie. Andrzej stanął w drzwiach jak tarcza:
– Proszę natychmiast opuścić mój dom! Marysia jest uczciwa! Jeśli jeszcze raz ją pani oczerni, spotkamy się w sądzie!
Pani Nowakowa uciekła z podkulonym ogonem.
Po tej scenie dziewczynki zaczęły traktować mnie jak prawdziwą opiekunkę – a nawet rodzinę. Zosia przyniosła mi własnoręcznie wykonaną bransoletkę z koralików:
– To dla ciebie… Żebyś pamiętała, że już jesteś nasza…
Czasem jednak wracały stare lęki:
– A jeśli kiedyś odejdziesz?
Przytulałam je wtedy mocno:
– Nie odejdę bez pożegnania. Obiecuję.
Dziś minął rok od tamtego dnia na przystanku pod lasem. Siedzę przy kuchennym stole z Andrzejem i dziewczynkami. W domu pachnie ciastem drożdżowym i bezpieczeństwem. Patrzę na te dzieciaki i myślę: czy można pokochać cudzą rodzinę jak własną? Czy dom to miejsce czy ludzie? Może właśnie dlatego los postawił mnie wtedy na tej drodze?
A wy? Czy potrafilibyście zaufać komuś obcemu po tylu rozczarowaniach? Czy dom można zbudować od nowa?