Mój Anioł Stróż – Historia Elżbiety
– Elżbieta, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie wtrącała się w sprawy, które cię nie dotyczą?! – głos mojej siostry, Małgorzaty, odbił się echem po kuchni, w której od rana panował chaos. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując zmyć resztki śniadania, ale jej słowa sprawiły, że zamarłam.
To był poniedziałek, pierwszy dzień tygodnia, który miał na zawsze odmienić moje życie. W domu czuło się napięcie – ojciec od rana narzekał na ból kręgosłupa, matka krzątała się nerwowo, a Małgorzata, jak zwykle, szukała pretekstu do kłótni. Ostatnio coraz częściej czułam się w tym domu jak intruz, choć to ja od lat opiekowałam się rodzicami, gotowałam, sprzątałam, dbałam o wszystko, gdy Małgorzata pojawiała się tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowała.
– Nie wtrącam się, tylko próbuję pomóc – odpowiedziałam cicho, ale ona już nie słuchała. Wybiegła z kuchni, trzaskając drzwiami. Matka spojrzała na mnie z wyrzutem, jakby to wszystko było moją winą.
Wieczorem, gdy wszyscy już spali, usiadłam przy stole z kubkiem herbaty. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy naprawdę jestem tu niepotrzebna? Czy moje życie sprowadza się tylko do bycia służącą we własnym domu?”
Następnego dnia sytuacja tylko się pogorszyła. Ojciec, zirytowany bólem i brakiem leków, wyładował się na mnie. – Gdybyś była bardziej zaradna, nie musiałbym cierpieć! – krzyczał, a ja czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Wyszłam na balkon, żeby się uspokoić. Tam spotkałam sąsiadkę, panią Zofię, która od lat mieszkała piętro niżej.
– Elżuniu, co się stało? – zapytała z troską, widząc moją zapłakaną twarz.
– Nic, pani Zosiu. Po prostu… czasem mam wrażenie, że wszystko robię źle – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
– Nie mów tak. Jesteś dobrą osobą. Może powinnaś pomyśleć trochę o sobie? – poradziła, kładąc mi dłoń na ramieniu.
Te słowa długo dźwięczały mi w uszach. Ale jak miałam myśleć o sobie, skoro rodzina mnie potrzebowała? Przynajmniej tak mi się wydawało.
Środa przyniosła kolejną burzę. Małgorzata przyszła z mężem, Andrzejem. Już od progu zaczęli narzekać na bałagan i brak obiadu. – Elżbieta, czy ty naprawdę nie potrafisz niczego zrobić porządnie? – zapytała siostra, a Andrzej tylko przewrócił oczami.
– Może byście sami coś ugotowali, skoro tak wam nie pasuje? – wyrwało mi się, pierwszy raz od lat stawiając się rodzinie. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Matka zaczęła płakać, ojciec wyszedł z pokoju, trzaskając laską o podłogę. Małgorzata rzuciła mi w twarz: – Jesteś niewdzięczna! Gdyby nie my, dawno byś sobie nie poradziła!
Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. W głowie słyszałam tylko te słowa: „niewdzięczna”, „niepotrzebna”, „nieporadna”. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jestem ciężarem dla wszystkich. Może powinnam wyjechać, zacząć wszystko od nowa? Ale gdzie? Jak?
Czwartek był dniem przełomowym. Rano zadzwonił telefon. To była pani Zofia. – Elżuniu, czy mogłabyś mi pomóc z zakupami? – zapytała nieśmiało. Zgodziłam się bez wahania. Przez kilka godzin chodziłyśmy razem po osiedlu, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Pani Zofia opowiedziała mi o swoim życiu, o samotności po śmierci męża, o tym, jak bardzo brakuje jej zwykłej rozmowy.
– Wiesz, czasem wydaje mi się, że ludzie zapominają, jak ważne jest wsparcie. Nawet drobny gest może uratować komuś dzień – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.
Te słowa trafiły mnie prosto w serce. Zrozumiałam, że nie jestem sama w swoich problemach. Że każdy z nas nosi jakiś ciężar, tylko nie zawsze potrafimy o tym mówić.
Wieczorem, gdy wróciłam do domu, Małgorzata czekała na mnie w kuchni. – Gdzie byłaś? Matka się martwiła! – rzuciła oskarżycielsko.
– Pomagałam pani Zofii. Chciałam trochę odetchnąć – odpowiedziałam spokojnie.
– Zawsze tylko inni są ważni, a rodzina na końcu! – krzyknęła, a ja poczułam, jak we mnie coś pęka.
– Może dlatego, że od rodziny dostaję tylko pretensje i wyrzuty! – wybuchłam. – Czy kiedykolwiek ktoś z was zapytał, jak ja się czuję? Czy ktoś pomyślał, że też mam swoje granice?
Zapadła cisza. Małgorzata patrzyła na mnie z niedowierzaniem, jakby pierwszy raz widziała we mnie człowieka, a nie tylko wygodną pomoc domową.
Piątek przyniósł niespodziewaną ulgę. Pani Zofia zaprosiła mnie na herbatę. – Elżuniu, jesteś dla mnie jak córka. Dziękuję ci za wszystko – powiedziała, ściskając moją dłoń. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale tym razem były to łzy wdzięczności.
Wróciłam do domu z nową siłą. Postanowiłam, że muszę zawalczyć o siebie. Wieczorem usiadłam z rodzicami i Małgorzatą przy stole.
– Chcę wam coś powiedzieć – zaczęłam, głos mi drżał, ale nie zamierzałam się wycofać. – Przez lata robiłam wszystko, żebyście byli zadowoleni. Ale ja też mam swoje potrzeby, swoje życie. Nie mogę dłużej być tylko waszą służącą. Potrzebuję szacunku i wsparcia. Jeśli tego nie dostanę, będę musiała odejść.
Matka rozpłakała się, ojciec spuścił wzrok, a Małgorzata milczała. Przez chwilę wydawało mi się, że nic się nie zmieni, ale potem matka podeszła i przytuliła mnie mocno. – Przepraszam, Elżuniu. Nie wiedziałam, że tak się czujesz.
To był pierwszy krok do zmiany. Nie wszystko naprawiło się od razu, ale poczułam, że odzyskuję głos i godność. Zrozumiałam, że czasem anioł stróż pojawia się w najmniej spodziewanej osobie – w moim przypadku była to pani Zofia, która pokazała mi, jak ważne jest wsparcie i rozmowa.
Dziś, patrząc wstecz, zastanawiam się: ile z nas żyje w cieniu oczekiwań innych, zapominając o sobie? Czy naprawdę trzeba upaść na samo dno, żeby zrozumieć, jak bardzo potrzebujemy wsparcia? Może warto czasem zapytać siebie: czy jestem dla siebie wystarczająco dobra?