Między miłością a rozczarowaniem: Historia matki, która musiała wybrać siebie

Powiedziałam jej: „Gdybyś miała choć odrobinę sumienia, chociaż raz umyłabyś po sobie naczynia”. A mój syn oskarżył mnie, że niszczę jego rodzinę. Tak zaczęła się cisza, która rozgościła się w moim mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Cisza, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowo.

Mam na imię Grażyna. Mam 54 lata i przez większość życia byłam sama. Mój mąż, Andrzej, zostawił mnie, gdy miałam 27 lat. Zostałam z dwuletnim synem – Bartkiem – i kredytem na mieszkanie w bloku z wielkiej płyty. Andrzej wybrał młodszą, beztroską kobietę i życie bez zobowiązań. Ja zostałam z codziennością: praca w szkole jako nauczycielka polskiego, kolejki do lekarza z chorym dzieckiem, wieczorne prasowanie koszul i gotowanie na dwa dni naprzód.

Bartek był moim oczkiem w głowie. Może nawet za bardzo. Chciałam mu wynagrodzić brak ojca. Nigdy nie musiał sprzątać po sobie, nie znał smaku zimnej zupy czy brudnych skarpet na podłodze – wszystko robiłam za niego. Mama powtarzała: „Grażynko, nie rób z niego księcia, bo żadna kobieta ci potem nie podziękuje”. Ale ja nie słuchałam. Był moim dzieckiem, moim światem.

Kiedy Bartek dorósł i poznał Karolinę – dziewczynę z sąsiedniego osiedla – poczułam ulgę. Może wreszcie będę mogła żyć dla siebie? Może znajdę czas na książki, ogródek działkowy, spotkania z koleżankami? Ale życie miało inny plan.

Pewnego dnia Bartek zadzwonił do mnie z pracy:
– Mamo, możemy się na chwilę wprowadzić do ciebie? Karolina straciła pracę, a ja mam jeszcze umowę na czas próbny. Nie damy rady na swoim.

Zgodziłam się bez wahania. Przecież to mój syn! Przecież Karolina to już prawie rodzina. Przecież nie zostawię ich na lodzie.

Pierwsze dni były nawet miłe. Karolina przyniosła ciasto od swojej mamy, Bartek pomagał mi z zakupami. Ale bardzo szybko wszystko się zmieniło. Karolina całymi dniami siedziała z telefonem na kanapie, oglądała seriale albo wychodziła do koleżanek. Bartek wracał późno z pracy i od razu siadał do komputera. W kuchni piętrzyły się brudne talerze, w łazience mokre ręczniki leżały na podłodze. Pranie? Zawsze czekało na mnie.

Pewnego wieczoru wróciłam po wywiadówce w szkole. Byłam zmęczona, głowa mi pękała od hałasu dzieciaków i pretensji rodziców. Wchodzę do kuchni – a tam sterta naczyń po kolacji. W lodówce pusto, nawet mleka do herbaty nie ma. Karolina siedzi na kanapie i śmieje się do telefonu.
– Karolina, czy mogłabyś chociaż raz umyć po sobie naczynia? – zapytałam spokojnie.
Spojrzała na mnie jakbym mówiła po chińsku.
– Przecież zaraz Bartek wróci, to on może umyje – rzuciła i wróciła do telefonu.

Zacisnęłam zęby i sama zabrałam się za sprzątanie. Ale tego wieczoru nie mogłam zasnąć. Czułam się jak służąca we własnym domu.

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I kolejnego. W końcu nie wytrzymałam:
– Karolino, ja naprawdę nie jestem twoją mamą ani sprzątaczką! Pracuję cały dzień, wracam zmęczona i chciałabym mieć trochę spokoju. Czy to takie trudne – umyć po sobie talerz?

Karolina spojrzała na mnie z pogardą:
– Pani chyba nie rozumie, że my jesteśmy młodzi i mamy swoje sprawy. Poza tym Bartek mówił, że zawsze wszystko robiła pani za niego.

Zatkało mnie. Bartek wrócił wieczorem i od progu rzucił:
– Mamo, czemu się czepiasz Karoliny? Ona jest moją żoną! Zawsze musisz wszystko kontrolować! Przez ciebie nie możemy mieć normalnej rodziny!

Poczułam się zdradzona przez własne dziecko. Przecież to ja go wychowałam! To ja go karmiłam, prałam mu ubrania, chodziłam na wywiadówki! A teraz jestem winna wszystkiemu?

Przez kilka dni w domu panowała lodowata atmosfera. Karolina przestała się do mnie odzywać, Bartek unikał mnie jak ognia. Czułam się jak intruz we własnym mieszkaniu.

W końcu pewnego ranka usłyszałam hałas w przedpokoju. Wyszłam z sypialni – Bartek pakował walizki.
– Wyprowadzamy się – rzucił bez emocji.
– Gdzie? – zapytałam cicho.
– Wynajmujemy kawalerkę na Bródnie. Lepiej tak niż żyć pod jednym dachem z kimś, kto nas nie akceptuje.

Nie odpowiedziałam nic. Patrzyłam tylko jak wynoszą swoje rzeczy – nawet nie spojrzeli mi w oczy.

Przez kilka tygodni nie miałam od nich żadnych wieści. Czułam pustkę i żal. Z jednej strony ulga – wreszcie mogłam odpocząć, posprzątać mieszkanie i napić się kawy w ciszy. Z drugiej strony – serce mi pękało.

W końcu zadzwonił telefon:
– Mamo…
Głos Bartka był cichy i zmęczony.
– Możemy przyjechać na obiad?

Zgodziłam się bez słowa pretensji. Ugotowałam rosół i upiekłam szarlotkę – tak jak lubił od dziecka.
Przyszli razem, ale atmosfera była napięta jak struna.
– Mamo… przepraszam za tamto wszystko – powiedział Bartek cicho po obiedzie. – Ale musisz zrozumieć… My chcemy żyć po swojemu.

Spojrzałam mu prosto w oczy:
– Synku… Ja też chcę żyć po swojemu. Całe życie byłam dla ciebie. Teraz chcę być trochę dla siebie.

Karolina milczała przez cały czas. Na koniec tylko rzuciła:
– Dziękujemy za obiad.
I wyszli.

Od tamtej pory widujemy się rzadko. Bartek czasem dzwoni, czasem przychodzi sam na kawę. Karolina unika mnie jak ognia.

Często zastanawiam się: gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę bycie dobrą matką oznacza bycie służącą? Czy można kochać dziecko i jednocześnie postawić granice?

Dziś wiem jedno: czasem trzeba wybrać siebie, nawet jeśli boli to najbardziej na świecie.

Czy Wy też mieliście kiedyś poczucie winy za to, że postawiliście granice swoim bliskim? Czy matka zawsze powinna być tą, która wszystko znosi? Czekam na Wasze historie…