Dom, który zbudowałam na nowo: Historia Magdy z podwarszawskiej Pragi
„Magda, otwórz te drzwi! Wiem, że jesteś w środku!” – głos rozległ się na klatce schodowej tak głośno, że aż upuściłam kubek z herbatą na podłogę. Zamarłam. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko złudzenie, że to nie on. Ale kiedy spojrzałam przez wizjer, zobaczyłam znajomą sylwetkę – Krzysztofa, mojego byłego męża. Tego samego, który sześć lat temu wyjechał do Niemiec, zostawiając mnie z naszą córką Zosią i stertą niespłaconych rachunków.
Wszystko, co osiągnęłam przez te lata, nagle wydało mi się kruche jak porcelana. Przypomniałam sobie tamten dzień, kiedy Krzysztof spakował walizkę i powiedział: „Nie mogę tu dłużej żyć. Warszawa mnie dusi. Ty mnie dusisz.” Zostałam sama z małą Zosią, która miała wtedy pięć lat i nie rozumiała, dlaczego tata już nie wraca do domu. Pracowałam na dwa etaty – rano sprzątałam biura na Pradze, po południu dorabiałam w sklepie spożywczym. Każda złotówka była na wagę złota. O nowej sukience mogłam tylko pomarzyć, a kiedy Zosia pytała, dlaczego nie mamy samochodu jak jej koleżanki z klasy, ściskałam zęby i mówiłam: „Może kiedyś.”
Przez sześć lat odkładałam każdy grosz. Nie jeździłyśmy na wakacje, nie kupowałam sobie nic poza najtańszymi kosmetykami. Wszystko po to, żeby pewnego dnia mieć własny kąt – miejsce, którego nikt nam nie odbierze. I w końcu się udało: dwa miesiące temu kupiłam małe mieszkanie na Pradze-Północ. Stare bloki z wielkiej płyty, ale nasze. Zosia mogła wreszcie mieć swój pokój i zasadzić kwiaty na balkonie.
A teraz Krzysztof stał pod moimi drzwiami. Wyglądał inaczej – postarzały, zarośnięty, w oczach miał cień człowieka, który wiele przeszedł.
– Magda… Proszę cię. Potrzebuję pomocy. Straciłem pracę w Hamburgu, wyrzucili mnie z mieszkania. Nie mam gdzie się podziać. Tylko kilka dni…
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zza moich pleców wyjrzała Zosia.
– Mamo… To tata? – zapytała cicho.
Serce mi pękało. Wiedziałam, co powiedziałaby moja siostra Anka: „Nie wpuszczaj go! Pamiętasz, jak cię zostawił?” Ale spojrzałam na Zosię i zobaczyłam w jej oczach tęsknotę za ojcem. Otworzyłam drzwi.
Pierwsze dni były dziwne. Krzysztof spał na kanapie w salonie, był cichy i zamknięty w sobie. Pomagał przy drobnych naprawach, czasem zabierał Zosię na spacer po parku Skaryszewskim. Przez chwilę łudziłam się, że może się zmienił.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem na balkonie.
– Wiesz… Żałuję tego wszystkiego – powiedział nagle. – Byłem głupi. Myślałem, że za granicą będzie lepiej…
Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie chciałam mu pokazać słabości.
– Teraz już za późno – odpowiedziałam chłodno.
Ale potem zaczęły się kłopoty. Krzysztof zaczął przynosić do domu kolegów – raz był to Jarek z sąsiedztwa, innym razem jakiś Andrzej poznany pod sklepem monopolowym. Pili piwo do późna w nocy, śmiali się głośno, a ja próbowałam uspokoić Zosię, która nie mogła zasnąć.
Pewnego ranka zauważyłam, że z portfela zniknęło mi 500 złotych – pieniądze odłożone na czynsz. Natychmiast go skonfrontowałam.
– Krzysztof! Gdzie są moje pieniądze?
Spojrzał na mnie zimno:
– Może sama je zgubiłaś? Co mnie oskarżasz?
Wtedy dotarło do mnie, że nic się nie zmieniło. Tej nocy nie zmrużyłam oka. Myślałam o wszystkich latach samotności i wyrzeczeń – o każdej odmowie wyjścia ze znajomymi, bo nie miałam czasu ani pieniędzy.
Następnego dnia zadzwoniłam do Anki.
– Magda, musisz go wyrzucić! To twoje mieszkanie! Nie pozwól mu znowu zniszczyć ci życia!
Ale to nie było takie proste. Zosia płakała:
– Mamo, nie każ tacie odchodzić! On nie ma nikogo!
Czułam się rozdarta na pół. Ale wiedziałam jedno – jeśli teraz nie postawię granic, nigdy nie będę wolna.
Wieczorem usiadłam z Krzysztofem przy stole.
– Musisz odejść – powiedziałam stanowczo. – To jest mój dom i nie pozwolę ci go zniszczyć. Wystarczy już tego bólu.
Spojrzał na mnie z pogardą:
– Wiedziałem, że zawsze byłaś egoistką! Nigdy nie potrafiłaś wybaczyć!
Ale tym razem nie płakałam. Zamknęłam za nim drzwi i przekręciłam klucz.
Zosia przez kilka dni nie odzywała się do mnie słowem. Patrzyła na mnie jak na obcą osobę. Ale wiedziałam, że postąpiłam słusznie – dla siebie i dla niej.
Dziś siedzę na tym samym balkonie i patrzę na zachód słońca nad Warszawą. W mieszkaniu panuje cisza, pachnie świeżo zaparzoną herbatą. Może już zawsze będę nosić ciężar tej decyzji… Ale wiem jedno: nigdy więcej nie pozwolę nikomu decydować o moim życiu.
Czasem zastanawiam się: czy powinnam była dać mu jeszcze jedną szansę? Czy może to właśnie jest mój moment na wolność? Co wy byście zrobili na moim miejscu?