Czy można wybrać rodzinę? Historia, która zmieniła moje życie

– I co teraz, Michał? – zapytałem sam siebie, patrząc na odbicie w szybie autobusu. Moje ręce drżały, choć trzymałem w nich mojego synka, Antosia, zaledwie trzymiesięcznego. Była szósta rano, a zimny wiatr smagał mi twarz na pustym przystanku gdzieś na obrzeżach Lublina. Czułem się jak cień człowieka, którym byłem jeszcze kilka miesięcy temu. Od śmierci Kasi, mojej żony, wszystko straciło sens. Praca w biurze rachunkowym, nieprzespane noce, pieluchy, butelki, samotność. Każdy dzień był walką o przetrwanie, a każda noc – walką z własnymi myślami.

Nagle usłyszałem ciche szlochy. Odwróciłem się i zobaczyłem starsze małżeństwo, siedzące na ławce. Kobieta o siwych włosach, z twarzą pooraną zmarszczkami, płakała bezgłośnie, a mężczyzna obejmował ją ramieniem, sam ledwo powstrzymując łzy. Przez chwilę chciałem odejść, zamknąć się w swoim bólu, ale coś mnie powstrzymało. Może to był Antoś, może wspomnienie Kasi, która zawsze powtarzała, że trzeba pomagać innym.

– Przepraszam, czy wszystko w porządku? – zapytałem cicho, podchodząc bliżej.

Kobieta spojrzała na mnie oczami pełnymi łez. – Syn nas tu zostawił… Powiedział, że zaraz wróci, ale minęło już sześć godzin…

Mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale głos mu się załamał. – Michałek… nie odbiera telefonu. Nie wiemy, co robić…

Rozejrzałem się. Pustka, kilka przejeżdżających samochodów, żadnych domów, żadnego sklepu. – Sześć godzin? – powtórzyłem, czując narastający gniew. – Nie możecie tu zostać. Zabiorę was do siebie, dobrze?

– Nie chcemy kłopotać… – zaczął mężczyzna, ale nie pozwoliłem mu dokończyć.

– Proszę, nie zostawię was tutaj. Mam wolny pokój. – Uśmiechnąłem się, choć w środku czułem się jak wrak.

Zabraliśmy ich rzeczy – dwie małe walizki i kilka reklamówek. W drodze do mojego mieszkania w centrum Lublina panowała cisza. Starsi państwo – Zofia i Stanisław – patrzyli przez okno, jakby szukali odpowiedzi na pytania, których nie odważyli się zadać. Antoś spał w foteliku, a ja próbowałem zrozumieć, jak można zostawić własnych rodziców na pastwę losu.

W domu Zofia od razu zauważyła zdjęcie Kasi na komodzie. – To twoja żona? – zapytała cicho.

– Tak… Zmarła przy porodzie. – Ledwo powstrzymałem łzy.

Zofia ścisnęła moją dłoń. – Przykro mi, synku. My też straciliśmy wszystko. Michałek obiecał nam nowy dom, lepsze życie. Sprzedaliśmy nasz domek na Bronowicach, a teraz… nawet nie wiemy, gdzie on jest.

Przez kolejne dni próbowałem im pomóc. Zofia gotowała obiady, Stanisław pomagał mi z Antosiem. W domu znowu było słychać śmiech, choć czasem przerywany łzami. Wieczorami rozmawialiśmy o życiu, o tym, jak łatwo można wszystko stracić przez zaufanie nieodpowiedniej osobie. Michałek, ich syn, był kiedyś wzorem – pracowity, ambitny, zawsze uśmiechnięty. Ale coś się zmieniło. Po sprzedaży domu zaczął się oddalać, unikał rozmów, aż w końcu zniknął.

Nie dawało mi to spokoju. Zacząłem szukać informacji o sprzedaży ich domu. Okazało się, że Michałek sprzedał go za bezcen, a pieniądze przepadły. Dokumenty były niekompletne, a nowy właściciel nie chciał rozmawiać. Zwróciłem się do znajomego prawnika, pana Marka. Po kilku dniach przyniósł mi wieści, które zmroziły mi krew w żyłach.

– Michałek został zatrzymany za oszustwa. Nie tylko wobec rodziców. Wyłudził pieniądze od kilku starszych osób. Jest w areszcie. – Marek patrzył na mnie z powagą. – Twoi goście nie mają gdzie wrócić.

Zofia zemdlała, gdy jej to powiedziałem. Stanisław płakał jak dziecko. Czułem wściekłość, ale i bezradność. Jak można tak skrzywdzić własnych rodziców? Przysięgłem sobie, że nie pozwolę im zostać na ulicy.

Z czasem staliśmy się rodziną. Zofia zaczęła opiekować się Antosiem, a Stanisław, dawny stolarz, naprawił mi pół mieszkania. Znowu czułem, że dom żyje. Czasem wyobrażałem sobie, że Kasia patrzy na nas z góry i się uśmiecha.

Ale życie nie przestawało rzucać nam kłód pod nogi. Po kilku miesiącach pojawiła się Beata, córka Zofii i Stanisława. Przyjechała z Warszawy, wściekła, że rodzice mieszkają u „obcego faceta”.

– Co ty sobie wyobrażasz? – krzyczała. – To twoja rodzina? Chcesz ich wykorzystać?

– Beato, oni nie mają dokąd pójść. Michałek ich oszukał. – Próbowałem tłumaczyć, ale ona nie słuchała.

– Zabieram ich do siebie! – wrzasnęła.

Zofia rozpłakała się. – Nie chcę wracać do ciebie, Beato. Tam nie ma dla nas miejsca. Michał nas nie skrzywdził. On nam pomógł.

Sprawa trafiła do sądu. Sędzia, widząc, jak bardzo Zofia i Stanisław chcą zostać ze mną, orzekł, że mogą sami decydować o swoim losie. Beata wyszła z sali rozpraw, trzaskając drzwiami.

Wróciliśmy do domu. Zofia przytuliła mnie i Antosia. – Jesteś dla nas jak syn. Dziękuję, Michałku.

Przez kolejne miesiące życie powoli wracało do normy. Zofia była jak babcia dla Antosia, a Stanisław jak dziadek. Wspólnie gotowaliśmy, śmialiśmy się, płakaliśmy. Czułem, że znowu mam rodzinę.

Ale los znowu nas doświadczył. Zofia zaczęła zapominać. Najpierw drobiazgi – gdzie położyła klucze, jak się nazywa sąsiadka. Potem coraz więcej. Lekarz postawił diagnozę: Alzheimer.

– Michałku, co ja teraz zrobię? – pytała Zofia, patrząc na mnie z przerażeniem.

– Będziemy razem, Zosiu. Nie zostawię cię. – Objąłem ją mocno.

Opieka nad Zofią była trudna. Stanisław coraz częściej płakał po nocach. – Boję się, że ją stracę, Michałku. – mówił drżącym głosem.

– Nie pozwolę, żebyście byli sami. Jesteśmy rodziną. – powtarzałem, choć sam nie wiedziałem, czy dam radę.

Były dni, kiedy miałem ochotę uciec. Kiedy Antoś płakał, Zofia nie poznawała własnego męża, a Stanisław zamykał się w sobie. Ale były też chwile, które dawały mi siłę – wspólne śniadania, opowieści z dawnych lat, uśmiech Antosia, gdy Zofia śpiewała mu kołysanki.

Czasem siadałem wieczorem przy oknie, patrzyłem na rozświetlone miasto i myślałem o Kasi. – Czy jesteś ze mnie dumna? – pytałem w myślach. – Czy dobrze robię?

Dziś wiem, że rodzina to nie tylko więzy krwi. To wybór, codzienna walka, poświęcenie. To miłość, która rodzi się z troski o drugiego człowieka. Czy wy też wierzycie, że można wybrać rodzinę? Czy w waszym życiu pojawił się ktoś, kto odmienił wasz świat? Podzielcie się swoją historią…