Chciwość mojego męża zniszczyła naszą rodzinę – historia z polskiego blokowiska
Z hukiem zatrzasnęły się drzwi do naszego mieszkania na trzecim piętrze szarego bloku w Zabrzu. Stałam w przedpokoju, trzymając w rękach reklamówkę z zakupami – chleb, mleko, trochę wędliny. Mój mąż, Artur, już czekał przy stole z notesem i długopisem. – Ile wydałaś? – zapytał bez przywitania, nawet nie patrząc mi w oczy. – Trzydzieści dwa złote – odpowiedziałam cicho, wiedząc, co zaraz nastąpi.
– Trzydzieści dwa? Przecież mówiłem, żeby nie kupować tej drogiej szynki! – jego głos przeszedł w krzyk. – Dzieci mogą jeść mortadelę! Myślisz, że pieniądze rosną na drzewach?
Tak wyglądało moje życie od piętnastu lat. Nazywam się Iwona Majewska i przez większość dorosłości byłam żoną człowieka, dla którego każda złotówka była ważniejsza niż uśmiech dziecka czy mój spokój ducha. Poznaliśmy się na studiach w Katowicach. Artur był wtedy czarujący – zawsze miał plan na przyszłość, mówił o oszczędzaniu, inwestycjach, o tym, że kiedyś będziemy mieć własny dom. Wierzyłam mu. Wyszłam za niego zaraz po obronie magisterki z polonistyki.
Na początku nie widziałam nic złego w tym, że skrupulatnie liczył wydatki. Sama pochodziłam z rodziny, gdzie się nie przelewało. Ale kiedy urodziła się nasza córka, Ola, a potem syn, Michał, Artur zaczął się zmieniać. Każdy zakup był powodem do awantury. – Po co dziecku nowe buty? Przecież te stare jeszcze się nadają! – powtarzał. Gdy Ola wróciła ze szkoły zapłakana, bo dzieci śmiały się z jej znoszonych trampek, serce mi pękało.
Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Artura z teściową przez telefon:
– Mamo, Iwona znowu wydała za dużo na zakupy. Ja już nie mam siły jej tłumaczyć! – żalił się.
– Synku, musisz być stanowczy! Kobiety nie rozumieją wartości pieniądza – odpowiedziała zimno pani Halina.
Czułam się upokorzona. Próbowałam rozmawiać z Arturem:
– Arturze, dzieci potrzebują nowych ubrań. Ola rośnie jak na drożdżach!
– To niech przestanie rosnąć! – rzucił ironicznie i wyszedł trzaskając drzwiami.
Z czasem zaczęłam ukrywać przed nim paragony i drobne zakupy. Przemycałam dzieciom słodycze i owoce do szkoły, chowając je do plecaków tak, by nie zauważył. Zdarzało się, że musiałam pożyczać pieniądze od sąsiadki, pani Grażyny, żeby kupić synowi zeszyty na nowy rok szkolny.
Najgorsze były święta. Artur kazał mi liczyć każdą mandarynkę na stole. – Po co tyle jedzenia? Goście mogą przynieść coś od siebie! – mówił głośno przy rodzinie. Moja mama patrzyła na mnie ze współczuciem, ale nigdy nie odważyła się powiedzieć niczego wprost.
Pewnego dnia doszło do prawdziwej katastrofy. Michał zachorował na zapalenie płuc. Lekarz przepisał drogi antybiotyk. Artur odmówił wykupienia leku:
– Są tańsze zamienniki! Nie będziemy przepłacać!
Wtedy pierwszy raz podniosłam głos:
– To jest zdrowie twojego syna! Jeśli nie wykupisz leku, zrobię to sama!
Wybiegłam z domu z płaczem i wróciłam dopiero wieczorem. Michał leżał w łóżku z gorączką, a Artur siedział obrażony przed telewizorem.
Z czasem dzieci zaczęły się buntować. Ola przestała rozmawiać z ojcem, Michał zamknął się w sobie. W domu panowała cisza przerywana tylko kłótniami o pieniądze.
Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka:
– Iwona, słyszałam waszą awanturę przez ścianę… Może powinnaś coś z tym zrobić? Dzieci cię potrzebują.
Wtedy zaczęłam myśleć o rozwodzie.
Zebrałam się na odwagę i powiedziałam Arturowi:
– Nie chcę już tak żyć. Chcę rozwodu.
Spojrzał na mnie z pogardą:
– Myślisz, że sobie poradzisz? Bez moich pieniędzy?
– Poradzę sobie lepiej niż teraz! – odpowiedziałam drżącym głosem.
Rozwód był koszmarem. Artur walczył o każdy grosz alimentów. Próbował wmówić sądowi, że jestem rozrzutna i nieodpowiedzialna. Na szczęście dzieci stanęły po mojej stronie. Ola zeznała przed sądem:
– Tata nigdy nie dawał nam pieniędzy na podstawowe rzeczy. Mama musiała pożyczać od sąsiadki.
To był dla mnie najtrudniejszy moment w życiu – widzieć własne dziecko broniące matki przed ojcem.
Po rozwodzie zamieszkałam z dziećmi w małym mieszkaniu komunalnym na drugim końcu miasta. Było ciężko – musiałam podjąć dodatkową pracę jako sprzątaczka w szkole, żeby starczyło na wszystko. Ale pierwszy raz od lat poczułam ulgę.
Dzieci zaczęły się uśmiechać. Ola zaprosiła koleżanki do domu na urodziny – pierwszy raz od lat! Michał zaczął grać w piłkę nożną w szkolnej drużynie.
Artur próbował jeszcze kilka razy mnie zastraszyć:
– Zobaczysz, jeszcze pożałujesz!
Ale już się go nie bałam.
Dziś minęło pięć lat od rozwodu. Dzieci studiują w Krakowie i Warszawie. Ja nauczyłam się żyć skromnie, ale godnie. Czasem spotykam Artura na mieście – wygląda na zgorzkniałego i samotnego człowieka.
Często pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy chciwość zawsze niszczy to, co najważniejsze? Może gdybyśmy więcej rozmawiali… A może są ludzie, których nigdy nie da się zmienić?
A wy? Czy znacie kogoś takiego jak Artur? Czy można wygrać z chciwością w rodzinie?