Bitwa o dom dziadka: Historia zdrady, bólu i niesprawiedliwości

– Naprawdę myślisz, że wszystko ci się należy, bo przez kilka lat podawałeś mu leki i gotowałeś zupę? – głos ciotki Barbary przeszył ciszę jak nóż. Stałem w kuchni dziadka, jeszcze pachnącej jego ulubioną kawą, a w mojej głowie dudniło tylko jedno: jak mogli? Jak mogli tak łatwo zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło przez te lata?

Nie spałem tej nocy. Siedziałem przy stole, patrząc na stare zdjęcia dziadka, na których uśmiechał się do mnie, jakby chciał powiedzieć: „Dobrze zrobiłeś, Pawełku”. To ja przez ostatnie pięć lat byłem przy nim codziennie. To ja podawałem mu insulinę, zmieniałem opatrunki, słuchałem tych samych historii o wojnie i o babci, której już nie pamiętałem. To ja znosiłem jego humory, kiedy choroba odbierała mu godność. A oni? Przyjeżdżali tylko na święta, z prezentami, z uśmiechami, robili zdjęcia do Facebooka i znikali, zanim zdążyłem zaparzyć herbatę.

Kiedy dziadek zmarł, czułem pustkę, jakiej nie znałem. Przez kilka dni chodziłem jak we śnie, sprzątałem jego pokój, układałem rzeczy, jakby miał zaraz wrócić. Dopiero potem przyszła rodzina. Najpierw ciotka Barbara z mężem, potem wujek Andrzej z żoną i kuzynką Kasią. Wszyscy z poważnymi minami, jakby przyszli na naradę wojenną. Siedzieliśmy przy stole, a notariusz czytał testament. Gdy padły słowa: „Dom przy ulicy Klonowej przekazuję mojemu wnukowi Pawłowi, który opiekował się mną do końca moich dni”, poczułem, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł zimnej wody.

– To niemożliwe! – krzyknęła ciotka Barbara. – Przecież ten dom należy się wszystkim po równo!

Wujek Andrzej zacisnął pięści. – Paweł, nie bądź głupi. Przecież wiesz, że dziadek nie był już sobą. Ktoś musiał mu to podsunąć.

Siedziałem w milczeniu, nie mogąc wydusić słowa. Przecież to nie ja pisałem testament. Dziadek sam podjął decyzję. Wiedział, kto był przy nim, kto go mył, karmił, kto płakał, gdy miał atak bólu. Ale dla nich to nie miało znaczenia. Liczyły się tylko metry kwadratowe, ogród, stara jabłoń, pod którą bawiłem się jako dziecko.

Od tego dnia zaczęło się piekło. Telefon dzwonił bez przerwy. Najpierw prośby, potem groźby. – Paweł, nie rób tego rodzinie. Podziel się. – Paweł, nie zapomnij, kto cię wychował. – Paweł, nie będziesz miał życia, jeśli nie ustąpisz.

Przestałem odbierać. Przestałem wychodzić z domu. Sąsiedzi patrzyli na mnie z litością, jakby wiedzieli, co się dzieje. W sklepie pani Jadzia szepnęła: – Trzymaj się, Pawełku. Dziadek był z ciebie dumny.

Ale rodzina nie odpuszczała. Przyszli pewnego wieczoru, całą grupą. – Musimy porozmawiać – powiedziała ciotka Barbara, wchodząc bez zaproszenia. – To nie jest sprawiedliwe. My też mamy prawo do tego domu.

– Gdzie byliście przez te wszystkie lata? – zapytałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Gdzie byliście, kiedy dziadek płakał z bólu? Kiedy trzeba było wstać w nocy, bo się dusił? Kiedy trzeba było jechać na pogotowie?

– Przecież pracujemy, mamy swoje życie! – krzyknęła kuzynka Kasia. – Ty miałeś czas, bo nie masz rodziny, nie masz dzieci!

Te słowa bolały najbardziej. Tak, nie miałem rodziny. Odkąd opiekowałem się dziadkiem, nie miałem czasu na nic. Moja dziewczyna odeszła, bo nie mogła znieść, że zawsze jestem zajęty. Praca? Zrezygnowałem, bo dziadek potrzebował mnie cały czas. Zostałem sam, ale nie żałowałem. Dziadek był dla mnie wszystkim.

– Dziadek chciał, żebym tu został – powiedziałem cicho. – To była jego wola.

– Dziadek był stary i chory! – wrzasnął wujek Andrzej. – Wykorzystałeś go!

Nie wytrzymałem. Wybiegłem z domu, trzaskając drzwiami. Szedłem przez miasto, nie wiedząc, dokąd idę. W głowie miałem tylko jedno pytanie: czy naprawdę bycie dobrym się opłaca?

Przez kolejne tygodnie rodzina próbowała wszystkiego. Listy od prawników, wezwania do sądu, plotki rozpuszczane po całej okolicy. – Paweł zabrał dom, bo chciał się wzbogacić. – Paweł zmanipulował dziadka. – Paweł jest niewdzięczny.

Czułem się jak intruz we własnym życiu. Każdy dzień był walką. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść. Patrzyłem na zdjęcia dziadka i pytałem: „Czy naprawdę warto było poświęcić wszystko?”

Pewnego dnia przyszedł list od prawnika. Rodzina żądała podziału majątku. Grozili, że jeśli nie zgodzę się na sprzedaż domu, pójdą do sądu. Siedziałem z tym listem w ręku, a łzy kapały na papier. Przypomniałem sobie, jak dziadek mówił: „Pawełku, dom to nie tylko ściany. To wspomnienia, to miłość, to rodzina.”

Ale gdzie była ta rodzina teraz? Gdzie była miłość?

W sądzie patrzyli na mnie jak na złodzieja. Ciotka Barbara płakała, mówiąc, że zawsze kochała ojca, że chciała się nim opiekować, ale nie mogła. Wujek Andrzej mówił, że dom to ich dziedzictwo. Ja milczałem. Nie miałem już siły walczyć.

Sędzia spojrzał na mnie i zapytał: – Dlaczego pan uważa, że dom należy się tylko panu?

Odpowiedziałem cicho: – Bo tylko ja byłem przy nim, kiedy wszyscy inni odeszli.

Wyrok zapadł po kilku miesiącach. Dom został przy mnie, ale rodzina już nigdy nie była taka sama. Przestali dzwonić, przestali przyjeżdżać. Zostałem sam w pustym domu, pełnym wspomnień i żalu.

Czasem siadam w ogrodzie pod starą jabłonią i myślę o dziadku. Słyszę jego głos, czuję jego obecność. Ale w sercu mam pustkę. Czy naprawdę warto było poświęcić wszystko dla kogoś, kto odszedł? Czy dobro zawsze musi boleć?

A wy, co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto być dobrym, jeśli cena jest tak wysoka?