Między miłością a zdradą: Historia, której nie chciałam napisać

— Nie wierzę ci, Aniu. Znowu rozmawiałaś z matką za moimi plecami? — Antoni stał w progu kuchni, a jego głos drżał od tłumionych emocji. W dłoniach ściskał pusty kubek po kawie, jakby to on miał wytrzymać cały ciężar tej rozmowy. Ja stałam przy oknie, patrząc na szare niebo nad Warszawą i próbując zebrać myśli.

— To była tylko krótka rozmowa — odpowiedziałam cicho, ale w środku wrzałam. — Chciała wiedzieć, jak się czuję po tej całej awanturze z twoją matką.

Antoni westchnął ciężko i odwrócił się na pięcie. Wiedziałam, że zaraz trzaśnie drzwiami sypialni. Tak wyglądały nasze poranki od kilku miesięcy — pełne niedopowiedzeń, pretensji i cichych łez. A przecież miało być inaczej. Mieliśmy być szczęśliwi w naszym nowym mieszkaniu na Pradze, które kupiliśmy po latach oszczędzania i wyrzeczeń.

Wszystko zaczęło się psuć, kiedy Antoni zaproponował, żeby jego matka, Róża, zamieszkała z nami na kilka tygodni „na czas remontu jej mieszkania”. Zgodziłam się niechętnie, bo wiedziałam, jak bardzo Antoni jest do niej przywiązany. Ale nie spodziewałam się, że te kilka tygodni zamieni się w miesiące piekła.

Róża od początku dawała mi do zrozumienia, że nie jestem wystarczająco dobra dla jej syna. Krytykowała wszystko: jak gotuję, jak sprzątam, nawet to, jak się śmieję. „Za głośno”, „za cicho”, „za mało kobieco” — jej uwagi wbijały się we mnie jak szpilki. Antoni początkowo próbował mnie bronić, ale z czasem coraz częściej stawał po stronie matki. Czułam się coraz bardziej samotna we własnym domu.

Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez uchylone drzwi sypialni:

— Ona cię wykorzystuje, synku. Zobaczysz, jeszcze cię zostawi z długami i tym mieszkaniem na głowie — szeptała Róża.
— Mamo, przestań. Ania jest moją żoną.
— Ale czy naprawdę ją kochasz? Czy tylko boisz się być sam?

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Wiedziałam, że Róża próbuje nas skłócić, ale nie spodziewałam się, że Antoni zacznie jej wierzyć.

Zaczęły się kłótnie o pieniądze. O to, kto ile wniósł do wspólnego majątku. O to, czyje nazwisko powinno widnieć na akcie własności mieszkania. Róża podsuwała Antoniemu pomysły na „zabezpieczenie się” przed moją rzekomą zdradą czy chciwością. Czułam się jak intruz w swoim własnym życiu.

Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam walizki pod drzwiami. Antoni siedział przy stole z matką i notariuszem.

— Musimy to wszystko uporządkować — powiedział chłodno. — Mama uważa, że powinniśmy spisać intercyzę i podzielić mieszkanie na pół.

— Ale przecież kupiliśmy je razem! — krzyknęłam bezsilnie.

Róża tylko uśmiechnęła się pod nosem.

Zaczęła się walka o każdy metr kwadratowy naszego szczęścia. Sądowe pisma przychodziły jedno po drugim. Antoni coraz częściej nocował poza domem. W końcu dowiedziałam się od sąsiadki, że widuje go z jakąś kobietą w pobliskiej kawiarni.

Zdrada była dla mnie ciosem prosto w serce. Przez kilka dni nie wychodziłam z łóżka. Moja matka próbowała mnie pocieszać przez telefon:

— Aniu, musisz być silna. Nie pozwól im odebrać ci wszystkiego.

Ale ja czułam się pusta. Jakby ktoś wyciągnął ze mnie całą radość życia.

Proces sądowy ciągnął się miesiącami. Każde przesłuchanie było jak rozdrapywanie świeżej rany. Antoni patrzył na mnie obojętnie, a Róża triumfowała za każdym razem, gdy sędzia przyznawał im rację w kolejnych drobnych sprawach.

W końcu zapadł wyrok: mieszkanie miało zostać sprzedane, a pieniądze podzielone po równo. Straciłam nie tylko dom, ale też wiarę w ludzi i w siebie.

Ostatniej nocy przed wyprowadzką siedziałam na pustym już balkonie i patrzyłam na światła miasta. Przypomniałam sobie nasze pierwsze wspólne śniadanie w tym mieszkaniu — śmiech, plany na przyszłość, obietnice miłości na zawsze.

Czy warto było walczyć o to wszystko? Czy miłość naprawdę jest silniejsza od manipulacji i zdrady? Czy można jeszcze zaufać komuś po takim upokorzeniu?

Nie wiem. Może kiedyś znajdę odpowiedź. Może ktoś z was już ją zna?