Urodziny, które zmieniły wszystko: Jak postawiłam granice mojej rodzinie

— Znowu to samo, Anka? — usłyszałam głos mojego męża, Pawła, kiedy z trzaskiem zamknęłam lodówkę, próbując znaleźć miejsce na kolejną miskę sałatki. — Przecież nie zapraszaliśmy nikogo w tym roku.

— Wiem, Paweł, ale twoja mama już dzwoniła. Pytała, czy będzie sernik, bo wiesz, że twój wujek Janek nie je niczego innego do kawy. — Moje ręce drżały, kiedy kroiłam warzywa. — I tak, wiem, że nie zapraszaliśmy, ale przecież oni i tak przyjdą. Jak co roku.

Paweł wzruszył ramionami i wrócił do swojego laptopa. Zawsze tak było. Jego rodzina traktowała nasz dom jak własny, a ja — jakby to było oczywiste — miałam być kucharką, kelnerką i sprzątaczką. Nikt nie pytał, czy mam ochotę, czy mam siłę, czy może w tym roku chcielibyśmy spędzić ten dzień sami. Najgorsze było to, że nawet nie przynosili prezentów. Uważali, że samą swoją obecnością robią nam przysługę.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy to się wydarzyło. Byliśmy świeżo po ślubie, a ja chciałam zrobić Pawłowi niespodziankę — romantyczną kolację, tylko we dwoje. Zamiast tego, o godzinie osiemnastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Najpierw przyszła teściowa z ciastem, potem szwagier z żoną i dziećmi, potem jeszcze kuzynka z mężem. Zrobił się tłum, a ja, zamiast świętować z Pawłem, biegałam po kuchni, smażąc kotlety i gotując ziemniaki. Od tamtej pory co roku było tak samo.

W tym roku postanowiłam, że będzie inaczej. Już w styczniu powiedziałam Pawłowi: — Wiesz co, kochanie? W tym roku nie robię żadnej imprezy. Jeśli ktoś przyjdzie, niech sam sobie coś przyniesie. Mam dość.

Paweł spojrzał na mnie zaskoczony. — Ale jak to? Przecież mama się obrazi.

— Niech się obrazi. To nie jest mój obowiązek gotować dla całej twojej rodziny. Chcę wreszcie spędzić ten dzień z tobą, nie z patelnią w ręku.

Przez kilka tygodni czułam się dziwnie. Z jednej strony byłam dumna, że w końcu postawiłam granicę, z drugiej — bałam się reakcji rodziny Pawła. Wiedziałam, że teściowa nie odpuści tak łatwo.

Dzień przed urodzinami Pawła zadzwoniła. — Aniu, o której mamy przyjść? — zapytała tonem, który nie znosił sprzeciwu.

— Mamo, w tym roku nie robimy imprezy. Chcemy spędzić ten dzień sami — odpowiedział Paweł, bo poprosiłam go, żeby to on rozmawiał z matką.

— Jak to? Przecież zawsze się spotykamy! — usłyszałam jej głos przez głośnik telefonu. — Co się stało? Ania cię namówiła?

Paweł milczał. Wiedziałam, że jest mu trudno, ale nie zamierzałam się wycofać. — Tak, mamo, Ania ma rację. To nasze święto. Chcemy być sami.

Teściowa rozłączyła się bez słowa. Przez cały wieczór czułam napięcie w powietrzu. Paweł był zamyślony, a ja zastanawiałam się, czy nie przesadziłam. Może rzeczywiście powinnam była się poświęcić, jak co roku?

Następnego dnia rano obudziłam się z uczuciem niepokoju. Zrobiłam kawę, usiadłam z Pawłem przy stole i przez chwilę cieszyliśmy się ciszą. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na Pawła — wiedziałam, że to oni.

Otworzył drzwi. W progu stała cała jego rodzina: teściowa, szwagier, kuzynka, dzieci. Wszyscy z minami, jakby przyszli na pogrzeb, nie na urodziny. Nikt nie miał nawet kwiatka czy czekoladek. Teściowa spojrzała na mnie z wyrzutem.

— No i co, Aniu? Nic nie przygotowałaś? — zapytała lodowatym tonem.

— Nie, mamo. W tym roku nie gotuję. Jeśli chcecie, możemy zamówić pizzę albo coś innego. Ale nie będę stała w kuchni przez dwa dni. — Mój głos drżał, ale nie zamierzałam się poddać.

Zapadła cisza. Szwagier spojrzał na żonę, dzieci zaczęły marudzić, że są głodne. Teściowa usiadła na kanapie i zaczęła opowiadać, jak to za jej czasów kobieta wiedziała, co do niej należy. — Teraz młode to tylko wygody szukają — mruknęła.

Paweł próbował rozładować atmosferę. — Mamo, Ania ma rację. To nie jest jej obowiązek. Możemy zamówić jedzenie, posiedzieć razem, ale nie będziemy jej wykorzystywać.

Nikt nie był zadowolony. Zamówiliśmy pizzę, dzieci były szczęśliwe, ale dorośli siedzieli sztywno, jakby ktoś odebrał im święto. Przez cały czas czułam na sobie spojrzenia teściowej. W końcu wstała i powiedziała: — Widać, że nie zależy ci na rodzinie, Aniu. Moja mama zawsze powtarzała, że dom to kobieta. Ale widzę, że teraz wszystko się zmienia.

Nie odpowiedziałam. Było mi przykro, ale wiedziałam, że muszę wytrwać. Po kilku godzinach wszyscy wyszli, nawet nie podziękowali za gościnę. Paweł objął mnie i powiedział: — Dziękuję, że byłaś dzielna. Wiem, że to nie było łatwe.

Przez następne dni teściowa nie odzywała się do mnie. Szwagierka napisała mi wiadomość, że „zniszczyłam rodzinne tradycje”. Czułam się winna, ale jednocześnie wiedziałam, że zrobiłam coś ważnego. Po raz pierwszy od lat nie byłam zmęczona, nie bolały mnie plecy, nie płakałam w łazience z bezsilności.

Z czasem rodzina Pawła zaczęła się przyzwyczajać do nowych zasad. Zrozumieli, że nie jestem służącą, że mam prawo do własnych granic. Paweł zaczął mnie bardziej wspierać, a nasze małżeństwo stało się silniejsze.

Czasem zastanawiam się, dlaczego tak trudno jest powiedzieć „dość”. Dlaczego przez tyle lat pozwalałam, by inni decydowali o moim życiu? Czy naprawdę bycie dobrą żoną oznacza poświęcenie siebie dla innych? Może czasem warto być „tą złą”, żeby w końcu poczuć się szczęśliwą? Co wy o tym myślicie?