„Nie, mamo, nie zamieszkasz z nami” – Moja walka o dom i o siebie samą
— Nie, mamo, nie zamieszkasz z nami! — wykrztusiłam przez zaciśnięte gardło, patrząc na Piotra, który stał w kuchni z opuszczonymi ramionami. W powietrzu wisiała cisza, ciężka jak ołów. Pani Halina siedziała przy stole, z dłońmi splecionymi na kolanach, a jej spojrzenie wbijało się we mnie jak szpilki.
Jeszcze miesiąc temu nie przypuszczałam, że będę musiała wypowiedzieć te słowa. Nasze życie z Piotrem i naszą córką Zosią było zwyczajne: praca, przedszkole, zakupy w Biedronce, wieczorne bajki i rozmowy o przyszłości. Wszystko zmieniło się w dniu, gdy Piotr wrócił z pracy blady jak ściana.
— Mama złamała nogę — powiedział wtedy. — Musi przejść operację i nie da sobie rady sama. Myślałem… może na jakiś czas zamieszka z nami?
Już wtedy poczułam ukłucie niepokoju. Znałam panią Halinę — kobietę silną, apodyktyczną, która zawsze wiedziała lepiej. Przez lata starałam się być uprzejma, choć jej uwagi o moim gotowaniu czy sposobie wychowania Zosi bolały mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Ale przecież to tylko na chwilę…
Tydzień później pani Halina wprowadziła się do naszego trzypokojowego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Jej walizki zajęły połowę przedpokoju, a jej obecność — cały dom. Już pierwszego dnia usłyszałam:
— Wiesz, Aniu, Zosia powinna chodzić spać wcześniej. I te twoje obiady… Może pokażę ci mój przepis na rosół?
Próbowałam się uśmiechać. Próbowałam tłumaczyć Piotrowi, że czuję się jak gość we własnym domu. On tylko wzdychał:
— Daj spokój, to moja mama. Jest po operacji. Trochę cierpliwości.
Ale „trochę” zamieniło się w tygodnie. Pani Halina zaczęła przestawiać meble w salonie („Tu będzie lepiej stała ta kanapa”), zmieniać ustawienie naczyń w kuchni („Tak jest praktyczniej”), a nawet decydować o tym, co Zosia ma ubrać do przedszkola („W tej sukience wygląda niechlujnie”).
Czułam się coraz bardziej niewidzialna. Nawet Zosia zaczęła pytać:
— Mamusiu, dlaczego babcia krzyczy na ciebie?
Pewnego wieczoru usiadłam na łóżku i rozpłakałam się jak dziecko. Piotr wszedł do sypialni i spojrzał na mnie bezradnie.
— Aniu, przesadzasz…
— Przesadzam? — wybuchłam. — To już nie jest nasz dom! Ona decyduje o wszystkim! Nawet nie pyta!
— Ale co mam zrobić? To moja matka!
— A ja? Kim ja jestem? — zapytałam cicho.
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z panią Haliną. Przygotowałam sobie w głowie całą przemowę o granicach i szacunku. Kiedy usiadłyśmy w kuchni, ona nawet nie spojrzała mi w oczy.
— Pani Halino… Chciałabym porozmawiać o kilku sprawach…
— Jeśli chodzi o obiad, to już gotuję — przerwała mi chłodno.
— Nie chodzi o obiad. Chodzi o to, że czuję się… niewygodnie z tym wszystkim. To mój dom i chciałabym mieć wpływ na to, co się tutaj dzieje.
Spojrzała na mnie z wyższością.
— To dom mojego syna. On zawsze był moim oczkiem w głowie. Ty jesteś tylko jego żoną.
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Wyszłam z kuchni i poczułam, że coś we mnie pękło.
Od tego dnia zaczęły się ciche wojny: zamykałam się w łazience na dłużej niż zwykle, wychodziłam z Zosią na długie spacery po parku, byle tylko nie być w domu. Piotr coraz częściej wracał późno z pracy. Widziałam po nim zmęczenie i frustrację, ale nie potrafił stanąć po mojej stronie.
Pewnej nocy usłyszałam przez drzwi sypialni rozmowę Piotra z matką:
— Synku, ona cię nie szanuje. Gdybyś był ze mną sam, wszystko byłoby łatwiejsze.
Zamarłam. Poczułam lodowaty strach i gniew.
Następnego ranka spakowałam kilka rzeczy Zosi i swoje ubrania.
— Co robisz? — zapytał Piotr zaspanym głosem.
— Wyjeżdżam do mamy na kilka dni. Muszę odpocząć od tego wszystkiego.
Nie zatrzymał mnie. Nawet nie próbował.
U mamy poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Opowiedziałam jej wszystko. Przytuliła mnie mocno.
— Aniu, musisz walczyć o siebie. Jeśli ty nie postawisz granic, nikt tego za ciebie nie zrobi.
Po tygodniu wróciłam do domu. Pani Halina była wyraźnie niezadowolona z mojego powrotu.
— Myślałam, że już sobie poszłaś — rzuciła z przekąsem.
Tym razem nie odpuściłam.
— Proszę pani, to jest mój dom i moje dziecko. Jeśli nie będzie pani szanować moich zasad i mojego miejsca tutaj, będziemy musiały się rozstać.
Piotr patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Aniu…
— Nie chcę wybierać między tobą a mamą — powiedział cicho.
— Ale ja już wybrałam — odpowiedziałam spokojnie.
Pani Halina wyprowadziła się dwa tygodnie później do swojej siostry w Otwocku. W domu znów zrobiło się cicho — aż za cicho. Piotr długo nie potrafił mi wybaczyć tej decyzji. Nasze małżeństwo przeszło przez burzę i do dziś nie wiem, czy wyszliśmy z niej silniejsi czy tylko bardziej poranieni.
Czasem patrzę na Zosię i zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy można uratować miłość, nie tracąc siebie? A może czasem trzeba wybrać siebie – nawet jeśli oznacza to samotność?