List, który rozdarł moją rodzinę: Kiedy własna matka żąda ode mnie alimentów
– Michał, to dla ciebie – powiedziała żona, podając mi kopertę z urzędu. W jej oczach widziałem niepokój, jakby przeczuwała, że ten list przyniesie coś złego. Przez chwilę wpatrywałem się w swoje imię na kopercie, zanim zebrałem się na odwagę, by ją otworzyć.
W środku był suchy, urzędowy język: „Wzywamy Pana do uregulowania obowiązku alimentacyjnego wobec matki, Anny Nowak…” Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Moja matka? Ta sama kobieta, która zostawiła mnie z ojcem, gdy miałem siedem lat? Która przez lata nie dzwoniła nawet na urodziny?
– Co się stało? – zapytała cicho Kasia, moja żona.
Nie potrafiłem odpowiedzieć. W głowie dudniło mi jedno pytanie: jak ona może mieć czelność żądać ode mnie pieniędzy po tylu latach ciszy?
Przez kolejne dni chodziłem jak cień. W pracy nie mogłem się skupić, w domu byłem nieobecny. Kasia próbowała mnie pocieszać, ale ja sam nie wiedziałem, co czuję – gniew? Żal? Poczucie winy?
Wieczorem usiadłem przy stole i zacząłem pisać list do matki. „Dlaczego?” – napisałem na początku, ale zaraz skreśliłem to słowo. Przecież znałem odpowiedź: była chora, nie miała pieniędzy, a państwo daje jej prawo żądać wsparcia od dorosłego dziecka. Ale czy prawo to samo co sprawiedliwość?
Wróciły wspomnienia z dzieciństwa: zimne poranki, kiedy czekałem na nią z kubkiem kakao, a ona nie wracała do domu; ojciec próbujący tłumaczyć jej nieobecność; święta spędzane tylko we dwoje. Przez lata uczyłem się żyć bez niej. Gdy miałem dwadzieścia lat, raz zadzwoniła – zapytać, czy mogę pożyczyć jej pieniądze. Odmówiłem. Potem znowu cisza.
Teraz domaga się ode mnie alimentów.
– Michał, musisz z nią porozmawiać – powiedziała Kasia pewnego wieczoru. – Może jest naprawdę w trudnej sytuacji?
– A co z moją sytuacją? – wybuchłem. – Co z tymi wszystkimi latami, kiedy jej nie było? Czy ja też mogłem wtedy żądać od niej czegokolwiek?
Kasia milczała. Wiedziałem, że nie chce się kłócić.
W końcu zebrałem się na odwagę i zadzwoniłem do matki. Odebrała po kilku sygnałach.
– Michał? – Jej głos był słaby, obcy.
– Dostałem list – powiedziałem szorstko.
– Wiem… Przepraszam, że tak wyszło. Nie mam nikogo innego.
– Przez tyle lat nie miałaś mnie wcale – odpowiedziałem zimno.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Wiem, że cię zawiodłam – wyszeptała w końcu. – Ale teraz… jestem chora. Nie mam pracy. Nie mam nikogo.
Chciałem krzyczeć, wyrzucić jej wszystko: samotność dzieciństwa, upokorzenie przed kolegami, kiedy pytali o mamę, wieczne poczucie bycia gorszym. Ale zamiast tego zapytałem:
– Dlaczego wtedy odeszłaś?
– Byłam młoda… głupia… Twój ojciec był lepszym rodzicem niż ja kiedykolwiek mogłam być. Myślałam, że tak będzie dla ciebie lepiej.
Nie wiedziałem, czy jej wierzyć. Czy można wybaczyć coś takiego? Czy obowiązek wobec rodzica jest ważniejszy niż własne rany?
Po tej rozmowie długo nie mogłem zasnąć. Kasia tuliła mnie do snu jak dziecko. Następnego dnia zadzwonił mój ojciec.
– Słyszałem o wszystkim – powiedział bez zbędnych słów. – Synu, to twoja decyzja. Ale pamiętaj: nie jesteś jej nic winien.
Ale czy naprawdę? Przecież to moja matka…
W pracy koledzy zaczęli zauważać moją zmianę nastroju.
– Coś się stało? – zapytał Paweł przy kawie.
– Rodzinne sprawy – mruknąłem.
– Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu – zażartował Paweł, ale ja tylko pokiwałem głową.
Wieczorem usiadłem z Kasią przy stole.
– Co byś zrobiła na moim miejscu? – zapytałem.
– Nie wiem… Ale wiem jedno: jeśli zdecydujesz się jej pomóc, rób to dla siebie, nie dla niej ani dla prawa.
Przez kolejne dni analizowałem wszystko: swoje uczucia, wspomnienia, rachunki sumienia. Spotkałem się nawet z psychologiem. Powiedział mi coś ważnego:
– Możesz pomóc matce i jednocześnie nie wybaczyć jej przeszłości. To dwie różne rzeczy.
W końcu podjąłem decyzję: zgodziłem się płacić minimalne alimenty, ale postawiłem warunek – chcę szczerej rozmowy i wyjaśnienia wszystkiego między nami.
Spotkaliśmy się w małej kawiarni na Pradze. Matka była wychudzona, postarzała o dwadzieścia lat od ostatniego spotkania.
– Dziękuję ci – powiedziała cicho.
– Nie róbmy z tego wdzięczności – odpowiedziałem twardo. – Chcę wiedzieć prawdę o przeszłości.
Rozmawialiśmy długo. O jej lękach, błędach młodości, o tym, jak bardzo bała się odpowiedzialności i jak bardzo żałuje swoich decyzji. Nie wybaczyłem jej wszystkiego – może nigdy nie będę umiał – ale poczułem ulgę. Przynajmniej już wiem.
Dziś nadal płacę alimenty i czasem dzwonię do niej z pytaniem o zdrowie. Nasza relacja jest trudna i pełna niedopowiedzeń, ale przynajmniej już nie jestem więźniem przeszłości.
Czasem patrzę na swoje dzieci i myślę: czy one kiedyś będą musiały wybierać między obowiązkiem a własnym szczęściem? Czy można być dobrym synem bez rezygnacji z siebie?