Kiedy teściowa decyduje za mnie: Moja walka o własne życie i wolność

– Lena, nie tak się kroi cebulę! – głos pani Haliny przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy blacie, dłonie mi drżały, a łzy – nie tylko od cebuli – spływały mi po policzkach. Mój mąż, Tomek, siedział w salonie, udając, że nie słyszy. To był kolejny niedzielny obiad w domu jego rodziców, kolejna scena, w której byłam tylko statystką w cudzym teatrze.

Przez pierwsze miesiące naszego małżeństwa łudziłam się, że to minie. Że Halina przestanie kontrolować każdy mój ruch, komentować moje ubrania, sposób wychowywania naszego synka Antosia, a nawet to, jak rozmawiam z Tomkiem. Ale z każdym dniem jej wpływ rósł. Zaczęło się od drobiazgów: „Lena, nie zakładaj tej sukienki na święta, wygląda nieodpowiednio”, „Nie karm Antosia tym słoiczkiem, sama gotowałam dla Tomka”. Potem przyszły większe sprawy: „Nie wracajcie do swojego mieszkania, tu wam będzie lepiej”, „Nie idź do pracy, dziecko potrzebuje matki w domu”.

Tomek? On zawsze mówił: „Daj spokój, mama chce dobrze”. Ale ja czułam się coraz bardziej jak cień samej siebie. Każda decyzja była podważana. Gdy próbowałam postawić na swoim, Halina potrafiła przez tydzień się do mnie nie odzywać albo płakać przy Tomku, że ją ranię. W końcu zaczęłam się wycofywać. Przestałam mówić o swoich planach, marzeniach. Zrezygnowałam z pracy w bibliotece – „bo przecież Antoś jest jeszcze taki mały”.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka z matką przez drzwi kuchni:
– Tomek, musisz jej powiedzieć, że nie może tak wychodzić sama na spotkania z koleżankami. To nieprzyzwoite.
– Mamo, Lena potrzebuje trochę czasu dla siebie…
– A ja? Ja całe życie poświęciłam dla waszego ojca i dla ciebie! I co mam z tego?

Wtedy poczułam się jak przedmiot. Jakby moje potrzeby były czymś złym, egoistycznym. Zaczęłam mieć problemy ze snem. Budziłam się w nocy z poczuciem winy i lękiem. Czy jestem złą żoną? Złą matką? Może rzeczywiście powinnam być bardziej jak Halina?

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama:
– Lena, co się z tobą dzieje? Nie dzwonisz, nie przyjeżdżasz…
– Wszystko w porządku – skłamałam.
– Nie wierzę ci. Zawsze byłaś taka żywa, a teraz brzmisz jakbyś była za szybą.

Po tej rozmowie długo płakałam. Przypomniałam sobie siebie sprzed kilku lat – dziewczynę z marzeniami o podróżach, własnej kawiarni, szczęśliwej rodzinie. Gdzie ona się podziała?

Kiedy Antoś zachorował na zapalenie płuc i trafił do szpitala, Halina była przy nas cały czas. Wydawała polecenia lekarzom, pielęgniarkom, nawet mnie: „Nie dotykaj go teraz”, „Nie karm go tym mlekiem”. Czułam się bezużyteczna. Kiedy próbowałam zapytać lekarza o stan synka, Halina weszła mi w słowo:
– Ja już wszystko wyjaśniłam pani doktor.

Wtedy coś we mnie pękło. Po powrocie do domu spakowałam kilka rzeczy Antosia i swoje ubrania. Czekałam aż Tomek wróci z pracy.

– Muszę wyjechać na kilka dni do mamy – powiedziałam drżącym głosem.
– Ale dlaczego? Przecież mama ci pomaga…
– Tomek, ja już nie mogę tu być. Duszę się.

Nie rozumiał. Patrzył na mnie jak na wariatkę. Halina płakała i mówiła coś o niewdzięczności. Ale ja już nie słuchałam.

U mamy pierwszy raz od dawna przespałam całą noc. Rano poszłam na spacer po starym parku i poczułam zapach mokrej trawy. Przypomniało mi się dzieciństwo – beztroska, śmiech, wolność. Wiedziałam już, że nie wrócę do tamtego domu.

Tomek dzwonił codziennie. Najpierw prosił, potem groził rozwodem. Halina pisała mi wiadomości: „Zniszczyłaś naszą rodzinę”, „Antoś będzie cierpiał przez ciebie”. Bolało mnie to wszystko, ale wiedziałam, że jeśli wrócę – stracę siebie na zawsze.

Znalazłam pracę w małej księgarni. Antoś chodzi do przedszkola i coraz częściej się uśmiecha. Czasem jest ciężko – samotność potrafi przytłoczyć bardziej niż kontrola Haliny. Ale przynajmniej wiem, że każda decyzja jest moja.

Często pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była walczyć o Tomka? A może to właśnie teraz uczę Antosia najważniejszej lekcji – że warto być sobą?

Czy naprawdę trzeba poświęcać własne szczęście dla cudzych oczekiwań? A może każdy z nas zasługuje na wolność – nawet jeśli trzeba za nią zapłacić samotnością?