Kiedy nauczyłam się mówić „nie”: Lato nad jeziorem i granice, które mnie uratowały
– Iwona, ile razy mam powtarzać, że nie możesz tak po prostu zamykać się w pokoju? – głos mojej teściowej, pani Haliny, rozbrzmiał echem po drewnianym korytarzu naszego domku nad Jeziorem Żywieckim. Stałam przy oknie, zaciskając dłonie na parapecie, patrząc na taflę wody, która miała być moją ucieczką od zgiełku miasta i… ludzi.
Ale ludzi było tu więcej niż kiedykolwiek.
Przyjechaliśmy z Piotrem – moim mężem – na dwa tygodnie. Marzyłam o ciszy, o porankach z kawą na tarasie, o wieczorach przy książce. Tymczasem już pierwszego dnia dojechała jego mama z siostrą Anką i jej dwójką dzieci. Potem dołączył brat Piotra z żoną. Nagle nasz mały domek stał się schronieniem dla siedmiu dorosłych i trójki dzieci. Każdy miał swoje oczekiwania, każdy chciał czegoś ode mnie.
– Iwonka, zrobisz nam naleśniki? – Anka zaglądała do kuchni, jakby to był jej własny dom.
– Iwonka, a gdzie są ręczniki? – teściowa nie przestawała wydawać poleceń.
Piotr? Piotr znikał na ryby albo pomagał bratu naprawiać rowery. Byłam sama wśród ludzi.
Pamiętam ten wieczór, kiedy pierwszy raz poczułam, że się duszę. Siedziałam na schodach przed domkiem, próbując złapać oddech. Dzieci biegały wokół mnie, krzycząc i śmiejąc się. Anka rozmawiała przez telefon na ganku, a teściowa narzekała na komary. Wtedy Piotr podszedł do mnie:
– Co jest? Przesadzasz trochę. Przecież to tylko rodzina.
– Ale ja… ja potrzebuję chwili dla siebie – wyszeptałam.
– Przestań dramatyzować. Pomóż mamie w kuchni.
Zacisnęłam zęby i poszłam. Przez kolejne dni robiłam wszystko: gotowałam, sprzątałam, organizowałam wycieczki. Każdy miał pretensje: że dzieci się nudzą, że kawa za słaba, że ręczniki nie pachną jak w domu. Czułam się jak służąca we własnych wakacjach.
Któregoś dnia obudziłam się wcześniej niż wszyscy. Wyszłam na pomost i usiadłam na zimnych deskach. Woda była spokojna, mgła unosiła się nad taflą. Poczułam łzy na policzkach. „Dlaczego nikt nie widzi, że ja też jestem człowiekiem?” – pomyślałam.
Wtedy usłyszałam kroki. To była Anka.
– Iwona… wszystko w porządku?
Nie odpowiedziałam od razu. Bałam się, że jeśli otworzę usta, wybuchnę płaczem.
– Wiesz… czasem mam wrażenie, że wszyscy tu są ważniejsi ode mnie – powiedziałam w końcu cicho.
Anka spojrzała na mnie zdziwiona:
– Ale przecież ty zawsze wszystko ogarniasz! Bez ciebie byśmy sobie nie poradzili!
Nie wiedziałam, czy to komplement, czy wyrok.
Wróciłam do domku i przez cały dzień byłam jak cień. Wieczorem Piotr zaproponował ognisko. Dzieci były zachwycone, dorośli też. Ja miałam ochotę uciec do lasu.
Podczas ogniska teściowa zaczęła opowiadać o tym, jak to ona kiedyś wszystko robiła sama i nikt jej nie pomagał. Wszyscy śmiali się i żartowali. Nagle poczułam, że muszę coś powiedzieć.
– Przepraszam… ale ja już nie daję rady – wyrwało mi się.
Zapadła cisza.
– Co ty wygadujesz? – teściowa spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Po prostu… chciałabym trochę odpocząć. Może ktoś inny zrobi jutro śniadanie?
Piotr przewrócił oczami:
– Iwona, nie rób scen.
Wstałam i odeszłam od ogniska. Serce waliło mi jak młotem. Bałam się własnej odwagi.
Następnego dnia zamknęłam się w pokoju z książką. Słyszałam szepty za drzwiami:
– Co jej jest?
– Pewnie ma okres…
Nie obchodziło mnie to. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.
Wieczorem Piotr przyszedł do mnie:
– Musisz przeprosić mamę. Jest jej przykro.
Spojrzałam mu prosto w oczy:
– A mnie nie jest przykro? Czy ktoś w ogóle zapytał, jak ja się czuję?
Nie odpowiedział. Wyszedł trzaskając drzwiami.
Przez kolejne dni atmosfera była napięta jak struna. Każdy unikał rozmów ze mną. Dzieci patrzyły podejrzliwie. Ale ja czułam się coraz lepiej – zaczęłam wychodzić na spacery sama, pływać kajakiem o świcie, czytać na pomoście.
Któregoś dnia Anka przyszła do mnie z kawą:
– Wiesz… chyba nigdy nie pomyślałam o tym, jak ci ciężko. Zawsze byłaś taka silna…
Uśmiechnęłam się smutno:
– Bycie silną to czasem przekleństwo.
Pod koniec pobytu Piotr zaczął ze mną rozmawiać inaczej – mniej rozkazująco, bardziej ostrożnie. Może coś do niego dotarło? A może po prostu bał się kolejnej awantury?
Ostatniego dnia siedziałam sama na pomoście i patrzyłam na zachód słońca. Czułam spokój – pierwszy raz od dawna.
Czy naprawdę trzeba było aż takiego kryzysu, żebym mogła być sobą? Czy kobieta zawsze musi być wszystkim dla wszystkich?
Może czasem warto po prostu powiedzieć „nie” – nawet jeśli świat się przez to zatrzęsie.