Podpisałam zgodę, kiedy moja mama krzyczała, że zabijam własne dziecko po raz drugi
„Nie podpisuj tego, słyszysz? Nie podpisuj!”
Moja mama stała na środku korytarza w szpitalu w Łodzi i dosłownie trzęsły jej się ręce. Teściowa płakała pod ścianą, a mój mąż, Paweł, opierał czoło o szybę w drzwiach OIOM-u, jakby jeszcze wierzył, że za chwilę ktoś wyjdzie i powie, że zaszła pomyłka.
Ale pomyłki nie było.
Nasza Zuzia miała sześć lat. Wracaliśmy z przedszkola i od logopedy. Ja prowadziłam. Padał deszcz, taki paskudny, rozmazujący świat po szybie. Na skrzyżowaniu wjechał w nas chłopak w dostawczaku. Podobno patrzył w telefon. Ja wyszłam z połamanym nadgarstkiem i pękniętym żebrem. Paweł przyjechał do szpitala trzydzieści minut później, blady, w dresach, bo wybiegł z domu jak stał.
Zuzia już wtedy była na bloku.
Przez dwa dni żyliśmy między automatem z kawą, plastikowym krzesłem a telefonami od rodziny. „Co mówią lekarze?”, „Jest jakaś poprawa?”, „Trzeba wierzyć”. To „trzeba wierzyć” doprowadzało mnie do szału, ale sama się tego trzymałam, bo czego innego miałam się trzymać?
Trzeciego dnia lekarz usiadł z nami w małym pokoju. Młody nie był, ale miał takie oczy, jakby za każdym razem przechodził to samo.
„Państwa córka doznała śmierci mózgu. Wykonaliśmy wszystkie wymagane badania. Jest podtrzymywana aparaturą, ale… nie ma już możliwości powrotu”.
Ja chyba nawet nie zapłakałam od razu. Patrzyłam na jego usta i myślałam tylko: jak to możliwe, skoro serce bije?
Paweł zapytał cicho:
„Czy ona coś czuje?”
Lekarz pokręcił głową.
A potem, po chwili ciszy, powiedział o możliwości donacji.
I wtedy naprawdę zaczęło się piekło.
Bo ja od razu przypomniałam sobie rozmowę sprzed roku. W telewizji leciał reportaż o przeszczepach u dzieci. Zuzia siedziała na dywanie i bawiła się lalkami, a ja powiedziałam do Pawła, że gdyby mnie coś się stało, to chciałabym, żeby z mojego nieszczęścia ktoś miał jeszcze życie. Paweł wtedy odpowiedział: „Ja chyba też”. Taka luźna rozmowa. Pięć minut. Człowiek nie myśli, że los to potem wyciągnie jak kwit z szuflady.
Powiedziałam lekarzowi, że potrzebujemy chwili.
Nie dostaliśmy chwili.
Bo kiedy rodzina usłyszała, o czym rozmawiamy, zrobił się cyrk. Moja mama wpadła w histerię.
„Będziecie ją kroić? Własne dziecko? Oszaleliście?”
Teść, który zwykle milczy, walnął pięścią w parapet.
„Nie po to człowiek chowa wnuczkę, żeby ją jeszcze… Boże święty”.
Paweł próbował spokojnie.
„Tato, ona już nie żyje.”
„Nie mów tak!” — wydarła się teściowa. „Serce jej bije!”
I to było najgorsze. Bo rozum swoje, a jak widzisz dziecko ciepłe, z różowymi policzkami, to coś w tobie wrzeszczy, że może jednak. Że może lekarze się mylą, że może trzeba zawieźć do Warszawy, do innego szpitala, do kogokolwiek.
Ja też przez chwilę chciałam uciec w ten obłęd. Powiedzieć: nie ruszajcie jej, niech leży, niech oddycha przez te maszyny jeszcze dzień, dwa, tydzień. Tylko po co? Dla kogo?
Najgorsze, i tu wiem, że ludzie mnie ocenią, przyszło mi do głowy coś strasznie przyziemnego. Że jak odmówimy, to będziemy mieli „święty spokój” z rodziną. Nie będzie gadania na pogrzebie, szeptów, że matka wyrodna. W małym mieście takie rzeczy ciągną się latami. Ludzie pamiętają nie to, że cierpiałaś, tylko to, co zrobiliście „dziwnie”.
I ja przez ten święty spokój prawie się wycofałam.
Paweł zobaczył to po mnie. Wziął mnie za ramiona i pierwszy raz od wypadku podniósł głos.
„Anka, nie patrz na nich. Popatrz na Zuzię. Gdyby to nasze dziecko czekało na serce, zrobiłabyś wszystko, rozumiesz? Wszystko.”
Usiadłam na podłodze pod ścianą i zaczęłam ryczeć tak, że pielęgniarka przyniosła mi wodę. Mama kucała nade mną i szeptała:
„Córeczko, nie rób tego sobie. Będziesz to miała przed oczami do końca życia.”
A ja już i tak miałam mieć przed oczami do końca życia jej fotelik na tylnej kanapie.
Podpisaliśmy zgodę razem.
Mama wyszła z pokoju i powiedziała tylko:
„Ja tego nigdy nie zrozumiem.”
Teściowa nie odzywała się do nas do dnia pogrzebu. Na stypie kuzynka Pawła szepnęła do innej, ale tak, żebym słyszała: „Ja bym nie umiała. To nienaturalne”. Jakbyśmy urządzili pokaz, a nie żegnali dziecko.
Minęło jedenaście miesięcy. Dalej mieszkamy w tym samym bloku, dalej mijam sąsiadki, które ściszają głos, gdy idę klatką. Mama wróciła do kontaktu, ale temat omija szeroko. Teściowa czasem przychodzi, siada przy stole i patrzy w kubek. Wszyscy żyją tak, jakby było po wszystkim, a przecież nie jest.
Dostaliśmy anonimowy list ze szpitala. Bez nazwisk, tylko informacja, że dzięki decyzji naszej córki kilkoro dzieci dostało szansę. Jedno z nich miało podobno tyle lat co Zuzia.
Paweł przeczytał to raz, potem drugi, a potem rozpłakał się pierwszy raz tak naprawdę. Nie po cichu. Normalnie, jak człowiek, któremu pękło wszystko.
Ja też płakałam. I dalej nie wiem, czy z ulgi, czy z bólu, bo jedno i drugie miesza się we mnie codziennie.
Tylko że mimo tego całego rodzinnego piekła, mimo szeptów, ocen i tego obrzydliwego poczucia, że musieliśmy się tłumaczyć z miłości do własnego dziecka, wiem jedno: nie oddaliśmy Zuzi „na części”. Oddaliśmy innym rodzicom czas, którego nam już nikt nie odda.
I może właśnie dlatego jakoś jeszcze stoję.
Powiedzcie szczerze — czy wy umielibyście podjąć taką decyzję wbrew własnej rodzinie?
Czy miłość do dziecka kończy się na trzymaniu go przy sobie za wszelką cenę, czy czasem wygląda właśnie tak strasznie?