Spadek po babci: dom pełen pęknięć i rodzinnych ran

– To nie jest sprawiedliwe! – krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Przede mną, przy stole, siedziała teściowa – pani Zofia, z twarzą kamienną jak zawsze, i mój mąż, Marek, który nie potrafił spojrzeć mi w oczy.

– Aniu, proszę cię… – zaczął Marek, ale przerwałam mu gwałtownie.

– Nie! Nie będę udawać, że wszystko jest w porządku. Przez tyle lat wszyscy tu pracowaliśmy, remontowaliśmy ten dom, a teraz… wszystko dla Pawła? – Głos mi się załamał.

Pani Zofia westchnęła ciężko. – Paweł jest najmłodszy. Zawsze był blisko mnie. Ty masz swoje życie, Aniu. Marek też. A Paweł… On został. Pomagał mi, kiedy was nie było.

Zacisnęłam zęby. „Pomagał” – powtarzałam w myślach z goryczą. Paweł, wieczny lekkoduch, który przez lata nie potrafił utrzymać pracy dłużej niż kilka miesięcy. Kiedy my z Markiem braliśmy kredyt na mieszkanie w Warszawie i przyjeżdżaliśmy tu co weekend, żeby naprawiać dach czy malować ściany, Paweł spał do południa i narzekał na życie.

Wiedziałam jednak, że żadne argumenty nie przebiją tej skorupy matczynej miłości. Pani Zofia zawsze była ślepa na jego słabości.

Wyszłam z kuchni trzaskając drzwiami. W korytarzu minęłam moją córkę, Olę. Miała dwanaście lat i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Mamo… dlaczego się kłócicie?

Przykucnęłam przy niej i przytuliłam ją mocno. – To nic, kochanie. Po prostu… czasem dorośli się nie zgadzają.

Ale Ola nie była głupia. Wiedziała więcej niż chciałam przyznać.

Wieczorem leżałam w łóżku obok Marka. Cisza między nami była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią.

– Marek… – zaczęłam cicho. – Naprawdę nic nie możemy zrobić?

Odwrócił się do mnie plecami. – To jej decyzja. Nie chcę wojny w rodzinie.

Poczułam się zdradzona. Przez niego, przez teściową, przez cały świat. Przecież to był dom moich dzieciństwa – tu spędzałam każde wakacje, tu nauczyłam się jeździć na rowerze, tu pierwszy raz się zakochałam. A teraz miałam patrzeć, jak Paweł wszystko przejmuje?

Następne tygodnie były jak koszmar na jawie. Rodzinne obiady zamieniły się w pole bitwy. Każde spotkanie kończyło się kłótnią lub obrażonym milczeniem. Paweł triumfował – chodził po domu jak król, rzucał uwagi o „nowych porządkach” i planach remontowych.

Pewnego dnia przyszłam do domu babci po kilka rzeczy zostawionych w piwnicy. Paweł siedział na schodach z puszką piwa.

– Czego tu szukasz? – zapytał z pogardą.

– Odbieram swoje rzeczy – odpowiedziałam chłodno.

– Lepiej się pośpiesz. Za tydzień zaczynam remont piwnicy. Wszystko, co zostanie, wyrzucam.

Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż zabolało. Chciałam mu coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Wróciłam do mieszkania i rozpłakałam się jak dziecko. Ola przyszła do mnie i usiadła obok na podłodze.

– Mamo… czy my już nigdy nie pojedziemy do babci?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Z czasem zaczęliśmy coraz rzadziej odwiedzać rodzinny dom. Marek zamknął się w sobie, a ja czułam się coraz bardziej wyobcowana. W pracy byłam rozkojarzona, znajomi pytali co się dzieje, a ja tylko wzruszałam ramionami.

W końcu przyszedł dzień pogrzebu pani Zofii. Dom był już wtedy prawie nie do poznania – Paweł wyburzył ściany działowe, wymienił okna na plastikowe i pomalował wszystko na jaskrawy żółty kolor. Stałam przed wejściem i czułam się jak obca we własnej historii.

Po pogrzebie usiedliśmy z Markiem na ławce pod starym orzechem.

– Wiesz… – powiedział cicho – czasem myślę, że powinniśmy byli walczyć o ten dom.

Spojrzałam na niego ze łzami w oczach.

– Ale już za późno, prawda?

Marek pokiwał głową.

Minęły miesiące. Paweł sprzedał dom deweloperowi za bezcen i wyjechał do Anglii „szukać szczęścia”. Na miejscu starego domu stanął szeregowiec z reklamą „Nowoczesne apartamenty dla rodzin”.

Czasem przejeżdżam tamtędy samochodem i patrzę na to miejsce z bólem serca. Ola dorosła i pyta mnie czasem: „Mamo, dlaczego pozwoliłaś im zabrać nasz dom?” Nie umiem jej odpowiedzieć.

Czuję żal do Marka, do Pawła, do teściowej… ale najbardziej do siebie samej. Czy naprawdę nie mogłam zrobić nic więcej? Czy rodzina zawsze musi być polem walki o majątek? Czy dom to tylko mury – czy może coś znacznie więcej?

Może ktoś z was zna odpowiedź? Jak pogodzić się z utratą miejsca, które było sercem rodziny? Czy można jeszcze odbudować więzi po takich ranach?