Zerwane więzy: Jak uwolniłam się spod wpływu matki i uratowałam swoje małżeństwo

– Znowu do niej dzwonisz? – głos Piotra był cichy, ale wibrował napięciem. Stał w progu kuchni, opierając się o framugę drzwi. W dłoni ściskałam telefon, a na ekranie migało imię: MAMA.

– Muszę jej powiedzieć, że wrócimy później – odpowiedziałam automatycznie, jakbym tłumaczyła się nauczycielce z nieodrobionego zadania. Piotr westchnął ciężko i odwrócił wzrok. W tej chwili poczułam, jakby między nami stanęła niewidzialna ściana, którą sama budowałam cegła po cegle przez lata.

Mam na imię Marta. Mam trzydzieści dwa lata, męża Piotra i dwuletnią córeczkę Zosię. Mieszkamy w bloku na warszawskim Ursynowie. Moja mama, Barbara, mieszka dwie stacje metra dalej. Odkąd pamiętam, była dla mnie wszystkim: przewodnikiem, powierniczką, czasem nawet przyjaciółką. Tata zmarł, gdy miałam dziesięć lat, więc zostałyśmy same. Mama zawsze powtarzała: „Musimy trzymać się razem, bo świat nie jest dla nas łaskawy”.

Przez lata nie widziałam w tym nic złego. To mama wybierała mi ubrania do szkoły, pomagała pisać wypracowania, a potem doradzała przy wyborze studiów. Gdy poznałam Piotra na uczelni, była pierwszą osobą, której o nim opowiedziałam. „Informatyk? Przynajmniej nie będziesz głodować”, skwitowała z uśmiechem.

Po ślubie mama była wszędzie: przy remoncie mieszkania, przy wyborze wózka dla Zosi, nawet przy ustalaniu menu na Wigilię. Zawsze miała radę, zawsze wiedziała lepiej. A ja… ja nie umiałam powiedzieć „nie”.

Z czasem zaczęłam zauważać, że Piotr coraz częściej milknie przy mamie. Przestawał się odzywać podczas rodzinnych obiadów, a po jej wyjściu zamykał się w sypialni pod pretekstem pracy. Kiedyś zapytałam go o to wprost.

– Czuję się jak gość we własnym domu – powiedział wtedy cicho. – Twoja mama decyduje o wszystkim. Nawet o tym, co jemy na śniadanie.

Zabolało mnie to. Przecież mama tylko pomaga! Przecież chce dobrze! Ale potem zaczęłam dostrzegać drobiazgi: jak krytykuje Piotra za niedokładnie umyte okna, jak poprawia mu kołnierzyk przed wyjściem do pracy, jak komentuje jego decyzje dotyczące Zosi.

Pewnego wieczoru Piotr wrócił późno z pracy. Byłam sama z Zosią, mama właśnie wyszła po trzech godzinach „pomocy” przy kąpieli małej.

– Marta – zaczął Piotr ostrożnie – musimy porozmawiać.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Zosia spała za ścianą.

– Kocham cię – powiedział – ale nie dam rady tak dłużej żyć. Twoja mama jest wszędzie. Nie mam wpływu na nic w tym domu. Czuję się… niewidzialny.

Zacisnęłam pięści na kolanach.

– Przesadzasz – wyszeptałam. – Mama tylko chce nam pomóc.

– A ty? Czego ty chcesz? – zapytał nagle. – Czy ty w ogóle wiesz?

Nie wiedziałam. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do mamy i zapytać ją o radę. Ale wtedy dotarło do mnie: przez trzydzieści dwa lata nie podjęłam samodzielnie żadnej ważnej decyzji.

Następnego dnia zadzwoniłam do mamy.

– Mamo, musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.

– Co się stało? Piotr cię zdenerwował? – zapytała od razu z niepokojem.

– Nie… To ja muszę coś zmienić. Chciałabym, żebyś nas odwiedzała rzadziej. Potrzebujemy z Piotrem więcej przestrzeni dla siebie.

Zapadła cisza. Słyszałam jej oddech po drugiej stronie słuchawki.

– Myślałam, że jesteśmy rodziną – powiedziała cicho. – Że mogę ci pomagać.

– Jesteśmy rodziną – odpowiedziałam drżącym głosem – ale muszę nauczyć się być dorosła. Sama podejmować decyzje.

Mama rozłączyła się bez słowa.

Przez kolejne dni czułam się jak zdrajczyni. Mama nie dzwoniła, nie pisała SMS-ów. W domu panowała napięta cisza; Piotr był ostrożnie uprzejmy, jakby bał się cokolwiek powiedzieć.

W końcu przyszła sobota i mama pojawiła się pod naszymi drzwiami bez zapowiedzi.

– Chciałam zobaczyć Zosię – powiedziała chłodno.

Wpuściłam ją do środka. Zosia rzuciła się jej na szyję, a ja poczułam ukłucie zazdrości i żalu jednocześnie.

– Mamo…

– Nie musisz nic mówić – przerwała mi ostro. – Rozumiem, że już mnie nie potrzebujesz.

– Potrzebuję cię… ale inaczej – wyszeptałam.

Mama spojrzała na mnie długo i uważnie. Po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach nie tylko rozczarowanie, ale też… strach? Może samotność?

Po jej wyjściu długo płakałam w ramionach Piotra.

Minęły tygodnie zanim relacje zaczęły się układać na nowo. Mama powoli zaakceptowała nowe zasady: odwiedza nas raz w tygodniu, nie komentuje naszych decyzji dotyczących Zosi ani mieszkania. Ja uczę się mówić „nie” i ufać sobie. Z Piotrem rozmawiamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Czasem jednak budzę się w nocy z poczuciem winy i pytaniem: czy miałam prawo zranić własną matkę dla dobra swojego małżeństwa? Czy można być dobrą córką i jednocześnie dobrą żoną?

Może każda z nas musi kiedyś zerwać więzy dzieciństwa, żeby naprawdę dorosnąć? Co wy o tym myślicie?