„Zaproponowałam teściowej, żeby podzielić półki w lodówce” – historia o codziennych wojnach pod jednym dachem
– Naprawdę uważasz, że to jest normalne? – głos Pani Moniki, mojej teściowej, odbił się echem od ścian naszej ciasnej kuchni. Stała przy lodówce, z rękami założonymi na piersi, patrząc na mnie z niedowierzaniem i oburzeniem. – Nawet w akademiku nie dzieliliśmy półek w lodówce! – dodała, jakby to miało zakończyć dyskusję.
A ja stałam naprzeciwko niej, z dwuletnią Zosią na rękach, czując, jak narasta we mnie frustracja. Od czterech lat mieszkamy razem – ja, mój mąż Tomek, nasza córeczka i Pani Monika. Mieszkanie jest dwupokojowe, ciasne, z kuchnią, w której ledwo można się minąć. Nie mamy wyjścia – Tomek zarabia za mało, żebyśmy mogli się wyprowadzić, a moja pensja bibliotekarki, nawet gdybym znalazła pracę, nie zmieniłaby naszej sytuacji. Zresztą, kto by się zajął Zosią?
Wszystko zaczęło się od tej nieszczęsnej lodówki. Ostatnio coraz częściej znajdowałam swoje jogurty zjedzone, warzywa przesunięte, a na półce, gdzie trzymałam jedzenie dla Zosi, pojawiały się słoiki z bigosem Pani Moniki. Zwróciłam uwagę Tomkowi, ale tylko wzruszył ramionami: – Przecież to nie problem, mamo nie robi tego specjalnie.
Ale dla mnie to był problem. Każdy dzień to walka o kawałek przestrzeni, o odrobinę prywatności. Nawet w łazience nie mogłam być sama – Pani Monika potrafiła wejść bez pukania, bo „przecież to jej mieszkanie”.
W końcu zebrałam się na odwagę i zaproponowałam, żebyśmy podzielili półki w lodówce. – To tylko dla porządku – tłumaczyłam. – Każdy będzie wiedział, gdzie są jego rzeczy, nie będzie nieporozumień.
I wtedy wybuchła burza. Pani Monika zaczęła krzyczeć, że robię z domu hotel, że dzielę rodzinę, że jestem niewdzięczna. – Gdyby nie ja, nie mielibyście gdzie mieszkać! – wrzeszczała. – A ty chcesz mnie wyrzucić z własnej kuchni!
Tomek próbował mnie bronić, ale był bezradny. – Mamo, to tylko półki… – zaczął, ale Pani Monika nie chciała słuchać. Zosia zaczęła płakać, a ja poczułam, że zaraz się rozpadnę.
Wieczorem, kiedy Zosia już spała, usiadłam z Tomkiem w naszym pokoju. – Nie mogę tak dłużej – powiedziałam cicho. – Czuję się jak intruz we własnym domu. Nawet nie mogę spokojnie zrobić sobie herbaty, bo zaraz słyszę, że coś robię źle.
Tomek objął mnie, ale czułam, że jest rozdarty. – Wiem, ale nie mamy wyjścia. Mama nie da się przekonać, a my nie mamy gdzie iść.
Następnego dnia Pani Monika była chłodna i oschła. Przestała się do mnie odzywać, a kiedy wchodziłam do kuchni, demonstracyjnie wychodziła. Zosia wyczuwała napięcie i była marudna. Czułam się coraz gorzej, coraz bardziej samotna.
Zaczęłam szukać pracy, choć wiedziałam, że to niewiele zmieni. Wysyłałam CV, rozmawiałam z koleżankami, ale wszędzie słyszałam to samo: „Nie mamy etatu”, „Za mało doświadczenia”. Wieczorami płakałam w poduszkę, żeby nikt nie słyszał.
Pewnego dnia, kiedy wróciłam z rozmowy kwalifikacyjnej, zobaczyłam, że Pani Monika przestawia rzeczy w lodówce. – Twoje mleko wylało się na moją półkę – powiedziała z wyrzutem. – Może powinnaś bardziej uważać, skoro tak ci zależy na porządku.
Nie wytrzymałam. – To nie jest tylko moja wina! – krzyknęłam. – Gdybyśmy mieli jasno podzielone półki, nie byłoby takich sytuacji!
Pani Monika spojrzała na mnie z pogardą. – Jesteś niewdzięczna. Myślisz tylko o sobie. Kiedyś rodziny trzymały się razem, a teraz każdy chce mieć swoje.
Tego wieczoru Tomek wrócił późno. Był zmęczony, przygnębiony. – Może powinniśmy się wyprowadzić do mojej siostry na jakiś czas – zaproponował. – Przynajmniej odpoczniemy.
Ale ja wiedziałam, że to nie jest rozwiązanie. Nie chcę być ciężarem dla nikogo. Chciałam tylko normalnie żyć, mieć swój kąt, swoje miejsce na świecie.
Zosia zaczęła chorować. Przeziębienie, potem zapalenie ucha. Siedziałam z nią w domu, a Pani Monika nie szczędziła mi złośliwości. – Gdybyś lepiej dbała o dziecko, nie byłaby chora – mówiła. – Ja wychowałam troje dzieci i żadne tak nie chorowało.
Czułam, że tracę grunt pod nogami. Zaczęłam unikać kuchni, jadłam w pokoju, żeby nie słuchać docinków. Tomek coraz częściej wychodził z domu, tłumacząc się pracą. Zostawałam sama z Zosią i z poczuciem, że jestem nikim.
W końcu, po kolejnej kłótni o lodówkę, wybuchłam. – Nie chcę już tak żyć! – krzyknęłam. – Albo coś się zmieni, albo wyprowadzam się z Zosią, choćby do schroniska!
Pani Monika zamilkła. Patrzyła na mnie długo, w milczeniu. W jej oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam – strach. Może zrozumiała, że naprawdę mogę odejść.
Tomek wziął mnie za rękę. – Porozmawiam z mamą – powiedział. – Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie. Nie chcę cię stracić.
Od tamtej pory jest trochę lepiej. Podzieliliśmy półki w lodówce, choć Pani Monika robi to z niechęcią. Nadal jest chłodna, ale przynajmniej nie kłócimy się codziennie. Szukam pracy, marzę o własnym mieszkaniu. Czasem myślę, czy to wszystko ma sens. Czy naprawdę rodzina powinna tak wyglądać? Czy warto walczyć o swoje, nawet jeśli oznacza to konflikt?
A może to ja jestem zbyt wymagająca? Czy w Polsce naprawdę nie da się żyć razem bez wiecznych kłótni o lodówkę? Co wy byście zrobili na moim miejscu?