Zakochałam się po sześćdziesiątce. Moja córka mówi, że się mnie wstydzi. Czy naprawdę miłość ma wiek?

– Mamo, ty chyba oszalałaś! – krzyknęła moja córka, patrząc na mnie jak na wariatkę. – Ty się zakochałaś?! W tym wieku?!

Stałam w kuchni z filiżanką herbaty w ręku i nie mogłam uwierzyć, że to właśnie słyszę. Nie dlatego, że się zdziwiłam – ale dlatego, że nie spodziewałam się aż takiej agresji. Przez chwilę miałam ochotę wylać tę herbatę do zlewu i wybiec z mieszkania, byle tylko nie patrzeć na jej rozpaloną twarz. Ale zostałam. Bo przecież to moja córka. Moja jedyna córka, którą wychowywałam sama przez tyle lat.

– Nie rozumiem… – zaczęłam cicho, próbując zebrać myśli. – Co w tym złego, że…

– Złego?! – przerwała mi, podnosząc głos jeszcze bardziej. – Mamo, ty masz sześćdziesiąt trzy lata! Ludzie w tym wieku… no nie wiem, szydełkują, oglądają seriale, opiekują się wnukami! A ty? Ty się zakochujesz jak jakaś nastolatka! Przecież to żenujące!

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W głowie miałam tylko jedno pytanie: czy naprawdę jestem żenująca? Czy naprawdę nie mam prawa do szczęścia?

Poznałam Andrzeja przypadkiem, w bibliotece miejskiej. Przyszedł oddać książki o ogrodnictwie, a ja szukałam czegoś o podróżach. Zaczęliśmy rozmawiać – najpierw o książkach, potem o życiu. Był wdowcem od kilku lat, miał ciepły uśmiech i spojrzenie człowieka, który wiele przeszedł. Zaprosił mnie na kawę do pobliskiej kawiarni. Zgodziłam się bez wahania – pierwszy raz od lat poczułam motyle w brzuchu.

Przez kilka tygodni spotykaliśmy się regularnie. Chodziliśmy na spacery po parku, rozmawialiśmy godzinami o wszystkim i o niczym. Andrzej był inny niż wszyscy mężczyźni, których znałam – delikatny, uważny, potrafił słuchać. Po raz pierwszy od śmierci mojego męża poczułam się naprawdę widziana.

Ale kiedy powiedziałam o nim córce, wybuchła. Najpierw myślałam, że to żart – przecież zawsze powtarzała mi, żebym nie była sama, żebym znalazła sobie kogoś do towarzystwa. Ale kiedy zobaczyła nas razem na rynku, jej twarz stężała.

– Mamo, ludzie się z ciebie śmieją! – powiedziała mi potem przez telefon. – Widziałam cię z nim… trzymaliście się za ręce! Jakbyście mieli po dwadzieścia lat! Nie możesz tak…

– A dlaczego nie mogę? – zapytałam wtedy pierwszy raz odważnie. – Czy ja już nie mam prawa do uczuć? Do bliskości?

– Bo to nie wypada! – rzuciła krótko i rozłączyła się.

Przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie. Chodziłam po mieszkaniu jak cień, nie odbierałam telefonów od Andrzeja. Bałam się wyjść na ulicę – miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie z politowaniem. Nawet sąsiadka spod trójki spojrzała na mnie jakoś dziwnie, kiedy wracałam ze sklepu.

W końcu Andrzej przyszedł pod moje drzwi.

– Co się stało? – zapytał cicho. – Zrobiłem coś nie tak?

Popatrzyłam na niego i rozpłakałam się jak dziecko.

– Moja córka… ona mówi, że się mnie wstydzi… Że to wszystko jest żenujące…

Andrzej objął mnie delikatnie.

– A ty? Co ty czujesz?

Zastanowiłam się chwilę.

– Czuję się szczęśliwa… ale też winna. Jakbym robiła coś złego.

– Nie robisz nic złego – powiedział stanowczo. – Masz prawo być szczęśliwa.

Tego wieczoru długo rozmawialiśmy o rodzinie, o oczekiwaniach innych ludzi, o samotności po sześćdziesiątce. Andrzej opowiedział mi o swoich dzieciach – syn mieszka za granicą i rzadko dzwoni, córka jest zajęta własnym życiem. Oboje czuliśmy się czasem niewidzialni dla świata.

Następnego dnia zadzwoniła moja wnuczka Zosia.

– Babciu, mama jest zła na ciebie? – zapytała cicho.

– Trochę tak…

– Ale ja cię kocham i chcę poznać pana Andrzeja! – powiedziała z entuzjazmem.

Uśmiechnęłam się przez łzy. Może młodsze pokolenie rozumie więcej niż nam się wydaje?

Przez kolejne tygodnie próbowałam rozmawiać z córką. Najpierw unikała mnie, potem zaczęła rzucać kąśliwe uwagi podczas rodzinnych obiadów.

– Wszyscy pytają mnie w pracy o ciebie! – syknęła pewnego dnia przy stole. – Czy ty musisz robić z siebie pośmiewisko?

– To nie ja robię z siebie pośmiewisko – odpowiedziałam spokojnie. – To ty wstydzisz się tego, że twoja matka chce być szczęśliwa.

Zapadła cisza. Widziałam łzy w jej oczach, ale nie potrafiła ich powstrzymać.

– Ja po prostu… boję się cię stracić – wyszeptała nagle. – Boję się, że on cię skrzywdzi…

Wtedy zrozumiałam: jej gniew był tylko maską dla strachu i bezradności.

Przytuliłam ją mocno.

– Córciu… ja zawsze będę twoją mamą. Ale jestem też kobietą. I chcę jeszcze trochę pożyć dla siebie.

Od tamtej pory powoli zaczęłyśmy odbudowywać naszą relację. Córka poznała Andrzeja i przekonała się, że to dobry człowiek. Zosia pokochała go od razu – razem chodzimy na lody i do kina.

Ale czasem nadal czuję cień wstydu, kiedy widzę spojrzenia sąsiadów czy słyszę szepty za plecami. Wiem jednak jedno: nie chcę już żyć tylko dla innych.

Czy naprawdę miłość ma wiek? Czy mamy prawo rezygnować ze szczęścia tylko dlatego, że ktoś uznał to za „nieodpowiednie”? A może właśnie teraz jest czas, by zacząć żyć naprawdę?