Prawie idealnie — ale wciąż nie całkiem

— Znowu się spóźnisz? — głos Karola w słuchawce był napięty, jakby każda sylaba ważyła więcej niż powinna. Przez chwilę miałam ochotę rzucić telefon na siedzenie obok i udawać, że nie słyszę, ale wiedziałam, że to tylko pogorszy sprawę.

— Tak, do dziesiątej, może później. Kontrola dokumentów, logistyka znów zawaliła — odparłam, patrząc na sznury świateł samochodów przed sobą. Warszawa wieczorem potrafi być piękna, ale dziś była tylko pułapką, z której nie mogłam się wydostać.

— Zawsze coś. — Jego głos był już cichszy, bardziej zmęczony niż zły. — Zuzia, obiecałaś, że dziś wrócisz wcześniej. Mama przyjechała, czeka na ciebie z kolacją.

Zacisnęłam dłonie na kierownicy. Mama Karola. Zawsze uprzejma, zawsze z uśmiechem, ale w jej oczach widziałam rozczarowanie. Nie takiej synowej chciała dla swojego jedynaka. Nie takiej żony chciał Karol, choć nigdy tego nie powiedział wprost. Ale ja to czułam. Czułam w każdym jego spojrzeniu, w każdym westchnieniu, gdy wracałam późno z pracy.

— Postaram się — powiedziałam tylko i rozłączyłam się, zanim zdążył odpowiedzieć. W radiu leciała jakaś stara piosenka, której słowa znałam na pamięć, ale dziś brzmiała jak obcy język.

Gdy w końcu dotarłam do bloku na Ursynowie, było już po dziesiątej. Winda, jak zwykle, zatrzymała się między piętrami, więc musiałam wdrapać się po schodach. Drzwi otworzył mi Karol, w piżamie, z kubkiem herbaty w ręku.

— Mama już poszła spać — powiedział bez przywitania. — Zostawiła ci pierogi w lodówce.

— Dzięki — mruknęłam, zdejmując płaszcz. W kuchni pachniało cebulą i smażonym boczkiem. Przez chwilę miałam ochotę usiąść przy stole i zjeść, ale wiedziałam, że nie przełknę ani kęsa.

— Znowu byłaś ostatnia w biurze? — zapytał Karol, siadając naprzeciwko mnie. — Czy może znowu zostałaś, bo szefowa nie potrafi ogarnąć grafiku?

— Nie zaczynaj — poprosiłam cicho. — Po prostu… musiałam zostać. Ktoś musi to wszystko ogarniać.

— A może po prostu nie chcesz wracać do domu? — Jego głos był chłodny, ale w oczach widziałam coś więcej. Smutek? Rozczarowanie? Może jedno i drugie.

— To nie tak — zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć dalej. Bo może trochę tak było. Może naprawdę bałam się wracać do domu, w którym wszystko było „prawie dobrze”. Prawie szczęśliwie. Prawie idealnie.

Karol wstał i bez słowa poszedł do sypialni. Zostałam sama w kuchni, z zimną herbatą i talerzem pierogów, których nikt nie miał już ochoty jeść.

Przypomniałam sobie, jak było na początku. Jak poznaliśmy się na studiach, jak śmialiśmy się z byle czego, jak planowaliśmy wspólne życie. Mieliśmy być inni niż nasi rodzice. Mieliśmy nie powtarzać ich błędów. A teraz? Teraz powtarzaliśmy je co wieczór, w tych samych czterech ścianach.

Następnego dnia rano Karol wyszedł do pracy, zanim zdążyłam się obudzić. Na stole zostawił mi kartkę: „Nie zapomnij o lekarzu o 16:00. Mama pytała, czy przyjdziesz na obiad w niedzielę.”

Westchnęłam. Niedzielne obiady u teściowej były dla mnie jak kara. Zawsze te same rozmowy o niczym, zawsze te same pytania: „Kiedy dziecko? Kiedy dom z ogródkiem? Kiedy przestaniesz tyle pracować?”. A ja nie miałam na nie odpowiedzi. Nie wiedziałam, czy chcę dziecka. Nie wiedziałam, czy chcę domu z ogródkiem. Wiedziałam tylko, że nie chcę żyć tak, jak teraz.

W pracy próbowałam się skupić, ale myśli ciągle wracały do Karola. Do naszej rozmowy, a raczej jej braku. Do tego, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim. Teraz rozmawialiśmy tylko o tym, co trzeba zrobić, co kupić, gdzie zadzwonić.

Po południu zadzwoniła moja mama. — Zuziu, wszystko w porządku? — zapytała, a ja poczułam, jak ściska mnie w gardle.

— Tak, mamo, wszystko dobrze — skłamałam. — Po prostu dużo pracy.

— Może powinnaś trochę zwolnić? — zaproponowała. — Karol to dobry chłopak, ale on też potrzebuje ciebie. Nie tylko twojej obecności, ale ciebie. Rozumiesz?

Nie odpowiedziałam. Bo rozumiałam aż za dobrze. Ale nie wiedziałam, jak to zmienić.

Wieczorem Karol wrócił późno. Był zmęczony, rozdrażniony. — Szef znowu się czepiał. Mówi, że muszę brać nadgodziny, bo ktoś musi zamknąć projekt. — Usiadł na kanapie i włączył telewizor. — Może powinniśmy gdzieś wyjechać? — rzucił nagle. — Chociaż na weekend. Do Kazimierza, albo nad morze.

Zaskoczył mnie. — Myślisz, że to coś zmieni? — zapytałam cicho.

— Nie wiem. Ale może warto spróbować. — Spojrzał na mnie z nadzieją, której dawno nie widziałam w jego oczach.

Zgodziłam się. Może rzeczywiście potrzebowaliśmy zmiany. Może wystarczyło wyjechać, zostawić za sobą codzienność, żeby przypomnieć sobie, kim dla siebie byliśmy.

Wyjechaliśmy w piątek po pracy. Droga do Kazimierza była długa, ale po raz pierwszy od dawna rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym. O tym, jak bardzo brakuje nam dawnych czasów. O tym, jak bardzo boimy się przyszłości.

W Kazimierzu było cicho i spokojnie. Spacerowaliśmy po rynku, jedliśmy lody, śmialiśmy się z dzieciaków biegających po fontannie. Przez chwilę czułam się tak, jakbyśmy znowu byli sobą.

Ale wieczorem, gdy siedzieliśmy w małej kawiarni, Karol nagle powiedział:

— Zuzia, musimy coś zmienić. Tak dalej nie damy rady. Albo zaczniemy żyć naprawdę, albo się rozstaniemy.

Zamarłam. Wiedziałam, że ma rację. Ale bałam się. Bałam się zmian, bałam się samotności, bałam się, że już nigdy nie będę szczęśliwa.

— Nie chcę się rozstawać — powiedziałam cicho. — Ale nie wiem, jak to naprawić.

— Może powinniśmy zacząć od początku. Przestać udawać, że wszystko jest dobrze. Przestać robić wszystko „prawie”. Zacząć mówić, czego naprawdę chcemy. — Jego głos był spokojny, ale stanowczy.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Potem wzięłam go za rękę. — Spróbujmy — powiedziałam. — Ale tym razem naprawdę.

Wróciliśmy do Warszawy z nową nadzieją. Zaczęliśmy rozmawiać. O naszych lękach, o marzeniach, o tym, czego nie chcemy. Nie było łatwo. Były kłótnie, łzy, ciche dni. Ale było też coś nowego — szczerość. Po raz pierwszy od dawna czułam, że jesteśmy razem, a nie obok siebie.

Minęło kilka miesięcy. Nie wszystko się zmieniło. Wciąż pracujemy za dużo, wciąż czasem się kłócimy. Ale już nie udajemy, że wszystko jest dobrze. Już nie żyjemy „prawie”. Uczymy się być razem na nowo.

Czasem myślę, jak łatwo można zgubić siebie w codzienności. Jak łatwo uwierzyć, że „prawie dobrze” to wystarczająco. Ale czy naprawdę chcemy żyć tylko „prawie”? Czy nie zasługujemy na coś więcej?

A Wy? Czy też czasem czujecie, że Wasze życie jest tylko „prawie”? Co robicie, żeby to zmienić?