Nie chcę wracać do tego miejsca – historia bezdomnego weterana z Warszawy
„Znowu tu jesteś, Marek?” – głos strażnika miejskiego odbija się echem od zimnych murów Dworca Centralnego. Przysuwam się bliżej ściany, chowając twarz w szaliku, jakbym mógł się w nim schować przed całym światem. „Nie masz gdzie iść?” – dopytuje, ale w jego głosie nie ma już złości, tylko zmęczenie. Patrzę na niego spod przymrużonych powiek. „Mam, ale nie chcę tam wracać” – odpowiadam cicho, ledwo słyszalnie.
Nie chcę wracać do schroniska na Pradze. Tam, gdzie śmierdzi stęchlizną, a nocą słychać krzyki i płacz. Tam, gdzie łóżka są tak blisko siebie, że czujesz oddech obcego człowieka na karku. Tam, gdzie każdy dzień zaczyna się od kolejki po zupę i kończy się walką o ciepły koc.
Byłem kiedyś kimś. Służyłem w wojsku, miałem rodzinę, dom, psa, nawet ogródek z malinami. Moja żona, Ania, śmiała się, że jestem jak ten ogródek – czasem zaniedbany, ale zawsze wraca do życia. Teraz nie mam już ani Ani, ani domu, ani nawet psa. Zostały mi tylko wspomnienia i kilka zdjęć w zniszczonym portfelu.
Wszystko zaczęło się sypać po powrocie z misji w Afganistanie. Myślałem, że dam radę, że jestem silny. Ale nocami śniły mi się wybuchy, krzyki kolegów, których nie udało się uratować. Ania próbowała mnie zrozumieć, ale coraz częściej zamykałem się w sobie. Potem przyszła wódka, awantury, aż w końcu została tylko cisza. Wyprowadziła się z dziećmi, a ja zostałem sam.
Próbowałem się podnieść. Zgłosiłem się do urzędu, dostałem skierowanie do schroniska. Pierwszej nocy nie zmrużyłem oka. Jeden z mieszkańców, Zbyszek, opowiadał, jak go okradli, inny – jak uciekł z domu przed przemocą. Każdy miał swoją historię, każdy był na dnie. Ale najgorsze były noce – pełne lęku, czy ktoś nie zabierze ci butów, czy nie obudzi cię krzyk pijaka.
Pewnego wieczoru, gdy próbowałem zasnąć, usłyszałem szuranie pod łóżkiem. Spojrzałem w dół – szczur. Przebiegł mi po ręce. Wtedy postanowiłem, że nigdy więcej tam nie wrócę. Wolę spać na dworcu, pod mostem, byle nie wśród tych ścian, które przypominają więzienie.
Czasem spotykam ludzi, którzy patrzą na mnie z litością albo odrazą. „Czemu pan nie pójdzie do schroniska? Przecież państwo pomaga!” – pytają. Nie rozumieją, że to nie jest pomoc, tylko przetrwanie. Że człowiek potrzebuje nie tylko dachu nad głową, ale też szacunku i spokoju.
Najgorsze są święta. Wtedy najbardziej brakuje mi rodziny. Pamiętam, jak kiedyś, jeszcze zanim wszystko się rozpadło, siedzieliśmy przy stole, dzieci śmiały się, Ania nakładała mi pierogi. Teraz święta spędzam z innymi bezdomnymi, dzielimy się opłatkiem, ale każdy z nas myśli o tym, co stracił.
Czasem przychodzi do mnie młody chłopak z Caritasu, przynosi herbatę i kanapki. „Może jednak spróbuje pan jeszcze raz?” – namawia. Uśmiecham się smutno. „Nie chcę wracać do tego miejsca. Tam nie da się żyć.”
Wiem, że nie jestem jedyny. Wielu z nas, weteranów, nie potrafi odnaleźć się w cywilu. Nikt nas nie przygotował na to, co będzie po powrocie. Państwo pamięta o nas tylko na defiladach, w gazetach, ale na co dzień jesteśmy niewidzialni.
Ostatnio spotkałem na ulicy syna. Przeszedł obok, udając, że mnie nie widzi. Zatrzymałem go, chciałem powiedzieć, że przepraszam, że tęsknię. Ale on tylko spojrzał na mnie z wyrzutem i odszedł. Zostałem z tym bólem sam.
Czasem myślę, że może lepiej byłoby zniknąć, przestać być ciężarem dla innych. Ale potem przypominam sobie, że kiedyś byłem potrzebny, że ktoś na mnie czekał. Może jeszcze kiedyś uda mi się wrócić do normalności. Może ktoś mnie zauważy, poda rękę, nie tylko po to, żeby mnie przegonić.
Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że człowiek potrzebuje czegoś więcej niż tylko łóżka i talerza zupy? Czy ktoś z was byłby w stanie zamieszkać w miejscu, gdzie nie ma prywatności, gdzie każda noc to walka o przetrwanie?
Może kiedyś ktoś usłyszy mój głos. Może ktoś zrozumie, że bezdomność to nie wybór, tylko konsekwencja wielu złych decyzji, samotności i braku wsparcia.
Czasem pytam siebie: czy gdybym wtedy poprosił o pomoc, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy jeszcze kiedyś poczuję się jak człowiek, a nie tylko numer w kolejce po zupę?