Gdy przeszłość wraca na parkiet: Opowieść z sanatorium

– Przepraszam, czy mogę prosić panią do tańca? – usłyszałam tuż przy uchu głos, który sprawił, że serce zabiło mi szybciej. Odwróciłam się powoli, niepewna, czy to tylko gra świateł i dźwięków sprawia, że czuję się jak w innym świecie. Stał przede mną mężczyzna o siwiejących włosach i znajomym spojrzeniu. Przez ułamek sekundy nie mogłam uwierzyć. To był Marek. Mój Marek z liceum.

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W głowie szumiały mi wspomnienia – pierwsze pocałunki pod blokiem na Pradze, wspólne wagary nad Wisłą, listy pisane na lekcjach matematyki. Minęło ponad trzydzieści lat od tamtego czasu. Ostatni raz widzieliśmy się na studniówce, kiedy pokłóciliśmy się o coś zupełnie błahego, a potem każde z nas poszło swoją drogą.

– Anka? – zapytał cicho, jakby nie dowierzał.

– Marek… – wyszeptałam. – To naprawdę ty?

Uśmiechnął się nieśmiało i skinął głową. Zanim zdążyłam się zastanowić, podał mi rękę. Wstałam i pozwoliłam się poprowadzić na parkiet. Muzyka grała dalej, a ja czułam się jakby czas cofnął się o dekady.

– Co tu robisz? – zapytałam, kiedy wirując w rytm walca, próbowałam opanować drżenie rąk.

– Rehabilitacja po operacji kolana – odpowiedział. – A ty?

– Problemy z kręgosłupem. Lekarz kazał mi odpocząć od wszystkiego… – urwałam, bo poczułam nagle gulę w gardle. Ostatnie miesiące były dla mnie wyjątkowo trudne. Po śmierci mamy wszystko się posypało: dzieci dorosły i wyjechały za granicę, mąż coraz częściej znikał w pracy albo na rybach, a ja czułam się coraz bardziej samotna.

Marek patrzył na mnie uważnie. – Wyglądasz pięknie – powiedział nagle. – Tak samo jak wtedy.

Zaśmiałam się nerwowo. – Chyba żartujesz. Mam więcej zmarszczek niż włosów na głowie.

– Zawsze byłaś dla siebie zbyt surowa – odparł cicho.

Tańczyliśmy jeszcze kilka utworów. Potem usiedliśmy przy stoliku pod oknem. Rozmawialiśmy długo – o dzieciach, o pracy, o tym, jak bardzo zmieniła się Warszawa przez te wszystkie lata. Marek opowiadał o swoim rozwodzie, o tym, jak trudno było mu pogodzić się z odejściem żony do innego mężczyzny. Ja mówiłam o moim małżeństwie z Tomkiem – o tym, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy.

– Czasem myślę, że wszystko już za mną – powiedziałam cicho. – Że nic dobrego mnie nie czeka.

Marek ujął moją dłoń. – Nie mów tak. Życie potrafi zaskakiwać nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko już stracone.

Wróciłam do pokoju późno w nocy. Leżałam długo bezsennie, patrząc w sufit i próbując poukładać myśli. Czy to możliwe, żeby uczucia sprzed lat wróciły tak nagle? Czy to tylko nostalgia za młodością?

Następnego dnia spotkaliśmy się na spacerze po parku zdrojowym. Marek przyniósł mi kawę i drożdżówkę z pobliskiej piekarni.

– Pamiętasz naszą ulubioną cukiernię na Grochowie? – zapytał.

– Jak mogłabym zapomnieć? – uśmiechnęłam się smutno. – Tam pierwszy raz powiedziałeś mi, że mnie kochasz.

Przez chwilę milczeliśmy oboje. Potem Marek powiedział:

– Wiesz… Żałowałem wtedy, że pozwoliłem ci odejść.

Poczułam łzy pod powiekami. – To nie była tylko twoja wina.

Spacerowaliśmy jeszcze długo, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Czułam się lekka jak piórko, jakbym znowu miała siedemnaście lat.

Wieczorem zadzwonił Tomek.

– Jak tam w sanatorium? – zapytał chłodno.

– Dobrze… Poznałam kilka fajnych osób – odpowiedziałam wymijająco.

– Mam nadzieję, że nie zapominasz o ćwiczeniach na kręgosłup.

Westchnęłam ciężko po zakończeniu rozmowy. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie przez te wszystkie lata wspólnego życia. Nasze rozmowy były coraz krótsze i coraz bardziej powierzchowne.

Kolejne dni mijały szybko. Z Markiem widywaliśmy się codziennie: na spacerach, przy kawie, podczas zabiegów rehabilitacyjnych. Zaczęliśmy wspominać stare czasy coraz częściej i coraz bardziej otwarcie mówić o swoich uczuciach.

Pewnego wieczoru Marek zaprosił mnie na kolację do małej restauracji przy rynku.

– Anka… – zaczął niepewnie. – Czy myślisz czasem o tym, co by było gdybyśmy wtedy nie rozstali się tak głupio?

Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam w nich tę samą czułość co kiedyś.

– Myślę o tym codziennie od tygodnia – przyznałam szeptem.

Marek ujął moją dłoń i przez chwilę milczeliśmy oboje, wsłuchani w cichy gwar restauracji i bicie własnych serc.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie córka z Londynu.

– Mamo, tata mówił mi, że dziwnie się zachowujesz ostatnio… Wszystko w porządku?

Zacisnęłam powieki ze złości i bezradności.

– Wszystko dobrze, kochanie. Po prostu dużo myślę ostatnio… O życiu.

– Mamo… Ty chyba nie masz romansu? – zapytała nagle pół żartem, pół serio.

Zamilkłam na chwilę. Czy naprawdę robię coś złego? Czy mam prawo szukać szczęścia po tylu latach samotności?

Wieczorem zadzwonił Tomek ponownie.

– Anka, wracasz za tydzień. Chciałem pogadać… Może powinniśmy spróbować jeszcze raz? Może pojedziemy razem gdzieś na weekend?

W jego głosie słyszałam strach i desperację. Przez chwilę poczułam wyrzuty sumienia.

Kiedy wróciłam do domu po turnusie, wszystko wydawało mi się inne: mieszkanie było zimne i puste mimo obecności Tomka. Próbował być miły, zabrał mnie do kina i na kolację do naszej ulubionej restauracji sprzed lat. Ale między nami była już przepaść nie do pokonania.

Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole w kuchni.

– Anka… Ty już mnie nie kochasz, prawda? – zapytał cicho Tomek.

Spojrzałam mu prosto w oczy i poczułam łzy napływające do oczu.

– Nie wiem… Chyba już nie potrafię udawać – wyszeptałam.

Tomek spuścił głowę i przez długą chwilę milczeliśmy oboje.

Kilka dni później zadzwonił Marek.

– Anka… Chciałem ci tylko powiedzieć, że niezależnie od tego co postanowisz… zawsze będę cię kochał.

Zrozumiałam wtedy jedno: życie jest za krótkie na kompromisy ze swoim sercem. Postanowiłam odejść od Tomka i zacząć wszystko od nowa z Markiem – choćby miało to być tylko kilka szczęśliwych lat zamiast kolejnych dekad samotności obok kogoś obcego.

Dziś siedzę przy oknie w nowym mieszkaniu na Saskiej Kępie i patrzę na rozświetlone ulice Warszawy. Czasem pytam siebie: czy miałam prawo wybrać siebie po tylu latach poświęceń dla innych? Czy szczęście po pięćdziesiątce jest czymś niestosownym?

A może każda z nas powinna czasem zatańczyć jeszcze raz swój pierwszy taniec?